poniedziałek, 13 maja 2013

ROZDZIAŁ 18

Po tym jak tata zarządził, że mam kolejny szlaban Harry przyszedł do mnie następnego dnia, żebym nie siedziała sama. Usiedliśmy w ogrodzie z tyłu domu, był dość słoneczny dzień, a mogłam wyjść, aż do ogrodzenia, czemu nie, raz na jakiś czas trzeba poszaleć.
-Vanessa się odzywała? - spytałam.
Wiem, że to nie był dobry temat do rozmów, ale w końcu ktoś musiał go poruszyć, chciałam wiedzieć, w końcu przyjaciele prawda?
-Nie. Niall spotkał się z nią w sklepie, powiedziała, że u niej wszystko w jak najlepszym porządku i sobie poszła. Nie chcę jej już widzieć.
No cóż, ucieszyłam się kiedy to powiedział, ale bardziej ucieszyłabym się gdyby nie cierpiał, nie mogłam znieść tego widoku. Wyglądał jakby już w połowie nie żył. Mogłam tylko przy nim być, niestety nic więcej. No i miałam jeszcze mase swoich problemów na głowie, to wszystko już powoli pchało mnie w stronę depresji, ale twardo się trzymałam.
-SCARLETT! - krzyknęła Melody, która zapewne była w kuchni.
Nie miałam pojęcia co znowu to wredne babsko ode mnie chce. Wolałam zrobić o co 'prosiła' i móc udawać, że nie istnieje, dalej. Coraz bardziej zaczynałam ją nienawidzić, działa mi na nerwy, miałam wrażenie, że robi wszystko, żeby mnie wkurzyć i się jej udawało.
-Zaraz wracam. - mruknęłam do Harrego i weszłam do domu. - Co się znowu stało? - zapytałam kiedy weszłam do kuchni i zobaczyłam Melody.
-Ty przypadkiem nie masz kary?
-Mam. I co? - westchnęłam.
Na prawdę nie miałam ochoty na kolejną kłótnie, tata też miał już tego dość, a w każdej chwili mógł wejść do domu.
-To co on tu robi? - spytała jakby Harry był jakimś insektem.
-Yyy... Siedzi? - spojrzałam na nią jak na idiotkę.
-No to widzę, ale skoro masz karę to? - nie zrozumiałam o co jej chodzi, więc nie odpowiadałam. - No słucham. Powinnaś siedzieć sama, u siebie w pokoju.
-Tak się składa, że tata nie zabronił mi odwiedzin. 
-Ale ja ci zabraniam i mogłabyś posprzątać u siebie.
-Po pierwsze kto ci pozwolił wchodzić do MOJEGO pokoju? A po drugie nie masz żadnego prawa do mnie i gdy tata mi nie zakaże to on tutaj będzie siedział ile mi się żywnie podoba. Ty lepiej się zajmij sobą okej? Nie chce się wciąż kłócić, ale mam wrażenie, że ty ciągle stwarzasz problemy i powody do awantur.
-Co ty sobie wyobrażasz? Jesteś bezczelna.
-Nie obrażaj mnie. Bo jakbym miała zacząć wymawiać określenia, które wprost idealnie ciebie opisują, to nie skończyłabym do wieczora.
-Ja nie wiem co twoja matka robiła, ale na pewno nie wychowywała.
I w tym momencie przegięła, może mama nie była idealna, z resztą jak każda, ale kochałam ją najbardziej na świecie i nie miała prawa wypowiadać się na jej temat, bo jej nie znała.
-Zamknij się. - syknęłam.
-No proszę. - prychnęła. - Nie dziwię się, że twój tata odszedł.
-Zamknij się kurwa powiedziałam! - krzyknęłam. - Jesteś pieprzoną kretynką i zapatrzoną w siebie egoistką!
Czułam jak robię się czerwona, brakowało mi oddechu, zapomniałam gdzie położyłam tabletki, bałam się, że jeszcze chwila, a wyzwę ją jeszcze gorzej.
I nagle usłyszałam to charakterystyczne odchrząkniecie i przeszły mnie ciarki od góry do dołu.
-Czy ktoś mi powie co tu się stało? - tata stanął pomiędzy nami.
-No ona zaczęła!
-Poprosiłam Scarlett, żeby poszła tylko do sklepu. - wytłumaczyła się Melody.
-O błagam. - wywróciłam oczami. - Ona kłamie!
-Vivi czemu nie poszłaś? - popatrzył na mnie tata.
-Żartujesz sobie tak? - zaśmiałam się żałośnie. - Jestem twoją córką, a ją znasz ile?
-Nie bądź bezczelna. - upomniał mnie.
-Nie chcę cię widzieć. - syknęłam i poszłam do ogrodu.
Parę sekund później pożałowałam tych słów, znowu zachowałam się jak niedojrzała idiotka, a chciałam żeby mi ufał. W taki sposób wychodziłam tylko na minus.
Posiedzieliśmy razem jeszcze jakieś dwie godziny, ale Harry musiał już iść, nie chciałam zostawać sama, no ale trudno. Przecież miałam Mari i Willa. Niestety William wyszedł z chłopakiem, w końcu dobrze się złożyło bo mogłam spędzić czas z siostrą.
Poszłam do jej pokoju, gdzie siedziała i coś pisała.
-Cześć. - usiadłam na łóżku. - Jak tam?
-Tak samo. - wzruszyła ramionami. - Tata ci wybaczy, tylko daj mu trochę czasu. - usiadła obok mnie.
-To chyba ja mam jemu wybaczyć. Ty wiesz, że on uwierzył tej kretynce a nie mi? I to jeszcze ona kłamała.
-Daj już spokój. Pobierają się niedługo, nie możesz być miła?
-Staram się, ale ona wynajduje byle co, tylko żeby się ze mną pokłócić.
-Na pewno ci się wydaje, wcale taka okropna nie jest. - skrzywiła.
-I ty przeciwko mnie? Nie wytrzymam w tym domu! - wstałam. - Nie wierzę. - pokręciłam głową z niedowierzania.
-Siadaj. - pociągnęła mnie za rękę i ponownie usiadłam.
-Hmm? - mruknęłam.
-Nie kłóćmy się. - przytuliła mnie.
Tą jakże ckliwą, uroczą i rodzinną scenkę przerwał nam mój telefon.
-Słucham. - powiedziałam zaraz po tym jak odebrałam nawet nie patrząc na wyświetlacz.
-Scarlett?
-Max jesteś pijany? - wstałam.
-Nie. - zaśmiał się. - No może trochę. Mam malutką prośbę.
Wiedziałam, że to nie prowadzi to niczego dobrego
-Słucham. - westchnęłam.
-Przyjechałabyś tu?
-Max... Ja już nie chcę, skończyłam
-No nie daj się prosić. - jęknął.
-Jesteś kompletnie zalany, ty chcesz jeszcze pić? Chyba oszalałeś. Niech ktoś po ciebie przyjdzie i weźmie cię do domu.
Próbowałam być stanowcza i nieugięta, nie mogłam się znowu temu poddać. Ale Max...
-Są na wywiadzie.
-To czemu cię z nimi nie ma? A z resztą... - westchnęłam. - Zaraz tam będę, napisz mi smsa jeśli jesteś w ogóle w stanie adres, albo chociaż nazwę. - rozłączyłam się.
I nagle mój zapał zmalał do zera, przecież miała zakaz wychodzenia.
-Mari... - uśmiechnęłam sie.
-Co chcesz?
-Czemu od razu mam coś chcieć? - zaśmiałam się drętwo.
-A nie chcesz? - uśmiechnęła się.
-No chcę. Musimy się zamienić.
Byłam pewna swojego genialnego planu, ale ona patrzyła na mnie jak na debila.
-No wiesz... Tak jak kiedyś, jak któraś z nas czegoś nie lubiła to jedna szła jeść dwa obiady.
-O nie... Oszalałaś? To się nie uda. Poza tym jestem umówiona.
-Co? Z kim?
-Z Niallem. - speszyła się.
-No co ty? Oooo, jakie to słodkie. - uśmiechnęłam się. - Obiecuję, że zdążę, potrzeba mi pół godziny, góra czterdzieści minut.
-Scarlett... Jak tata się dowie, to obydwie będziemy martwe. 
-Nie dowie się. Robiłyśmy to milion razy. Plan jest taki, że ty po prostu zamkniesz się u mnie w pokoju, bo i tak z nikim nie gadam, a ja po prostu powiem, że wychodzę do centrum handlowego i po sprawie. Uda się.
-No dobra.
-Kocham cię Mari. - przytuliłam ją.
-Będziesz moim dłużnikiem do końca życia. - stwierdziła.
-A nawet dłużej. Zamieńmy się ciuchami i w drogę.
Po dziesięciu minutach byłam już gotowa, jeszcze raz powiedziałam Mari co ma robić w razie czego i tak dalej. Trochę się denerwowałam, no bo jakby tata się zorientował, że kłamie to dałby mi karę do końca życia. Miałam nadzieję, że tylko przy wyjściu powiem, że wychodzę i tyle, ale tata zastał mnie przy szafie z kurtkami i butami.
-Gdzie się wybierasz? - oparł się o ścianę.
-Umm. Do centrum, tak się przejść, będę niedługo. - wzięęłam trampki.
-To buty Scarlett. - Popatrzył na mnie krzywo.
-Ah, no tak. - zaśmiałam się. Rzuciłam trampkami w kąt i wzięłam baletki Mari. - Pa. - szybko wyszłam.
Odetchnęłam z ulga kiedy wyszłam z domu, zostało mi tylko dostanie się do tego clubu i szybko go odprowadzić, co wydawało się mega proste, a stało się najgorszym wieczorem mojego życia.


Czeeeeść
jak ja uwielbiam zakańczać w takich momentach :)). w następnym szykuje się taki troche duży dramat, więc się szykujcie. dziękuje za to że dalej tu jesteście < 33 do następnego
xoxo
ps.: wybaczcie te opóźnienia i błędy, ale bloger strzelił focha i sie psuje


wtorek, 7 maja 2013

ROZDZIAŁ 17

Ocknęłam się przez mocne potrząsanie. Nie wiedziałam gdzie jestem i co robię. Wszystko słyszałam jakby działo się daleko ode mnie, a widziałam jak za mgłą. Nie szłam sama, ktoś mnie niósł, nie czułam swoich kończyn, w sumie nic nie czułam, prócz bolesnego pulsowania w głowie. Zauważyłam loki, brązowe, twarz Harrego. Wszystko było niewyraźne, ale z czasem nabrało ostrości, nawet odzyskałam czucie. Plątał mi się język, a Harry nie słyszał mojego jęczenia bo szedł ruchliwą ulicą. W końcu coś z siebie wydusiłam.
-Poczekaj. - szepnęłam.
-Scarlett? - stanął i popatrzył na mnie. - Ty żyjesz, dzięki Bogu. Wiesz jak się wystraszyłem?
Nie miałam pojęcia o czym mówi... Pamiętałam tylko jak szliśmy do jakiegoś baru i tyle.
-Postaw mnie na ziemi. - mruknęłam.
-Jesteś pewna? - delikatnie mnie puścił, ale dalej obejmował, tak w razie czego.
-Co się stało?
-Zemdlałaś, dobrze, że obok był trawnik bo nieźle byś walnęła, szybko się odwróciłem i zobaczyłem, że leżysz, wziąłem się na ręce i planowałem szybko iść do szpitala, nie minęła nas żadna taksówka, a nie chciałem tracić czasu.
-To nic. - wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie, po chwili do mnie dołączył i ponownie mnie objął.
-To znaczy, że ci się to już zdarzało?
-Parę razy.
-Musimy iść do szpitala, zbadać cię. Scarlett!
-Harry daj spokój, to normalne jak się jest chorym. Zażyję w domu leki i będzie wszystko w porządku.
-Nie Scarlett. To nie jest normalne, od kiedy ktoś mdleje sobie na ulicy? - stanął.
-Od kiedy jest chory na anoreksje. Możemy już iść? - znowu ruszyłam.
-To chociaż powiem twojemu tacie.
Martwił się, przerażenie w jego oczach zmalało, ale wciąż był zdenerwowany.
-Nic nie mów, nie chce wylądować w klinice, najlepiej by było gdybyś udawał, że nic się nie wydarzyło.
-O czym ty mówisz? Już się bałem... - nie dokończył.
-Odprowadź mnie do domu, strasznie boli mnie głowa. - mruknęłam.
Resztę drogi żadne z nas się nie odezwało. Kiedy tylko chciałam otworzyć wejściowe drzwi, nagle pojawił się w nich tata.
-Dziecko, dzwoniłem tyle razy. - przytulił mnie.
-Ale nic się nie stało, nie denerwuj się. Byłam z Harrym na spacerze. - wymusiłam uśmiech.
-Jesteś strasznie blada...
-Zemdlała. - odezwał się Harry.
I w tym momencie miałam ochotę się do niego odwrócić i kopnąć go w krocze. Nawet nie miał pojęcia co przez jego jedno słowo mogło się stać.
Widziałam jak twarz taty robi się czerwona ze złości.
-Prawie, lekko zakręciło mi się w głowie, ale nasz bohater w porę mnie złapał. - skłamałam.
-Vivi... - zaczął tata. - A z resztą porozmawiamy w domu.
Kazanie i szlaban murowane.
-A tobie Harry dziękuję, gdyby nie ty pewnie musiałbym ją teraz odbierać ze szpitala. - podał mu dłoń, a Hazz ją uścisnął.
Przyjaciele się znaleźli... Przewróciłam oczami, na co Harry burknął ciche "widziałem".
-Może jutro wpadłbyś na kolacje? Mari chętnie cię pozna, Melody coś ugotuję. Miło spędzimy czas.
Modliłam się w myślach, żeby powiedział nie. Wszystko, na prawdę wszystko, tylko nie wspólna kolacja z ojcem...
-Jasne. Czemu nie. - uśmiechnął się Harry.
-Ty się pożegnaj, czekam w salonie. - tata objechał mnie wzrokiem i wszedł do domu.
Usiadłam na schodku, po chwili Harry zrobił to samo.
-Jestem kompletnym idiotą. Wiesz?
-Od kiedy ty używasz takich wulgarnych słów? Twój tata nie byłby zadowolony. - zaśmiał się.
-To może rozmawiaj sobie z nim, bo chyba ja jestem dla ciebie za głupia. - wstałam. - Do jutra. - weszłam do domu i trzasnęłam drzwiami.
Byłam na niego wściekła za to co powiedział... Miał siedzieć cicho. Oczywiście, Harry gwiazda robi wszystko po swojemu.
Tata siedział w salonie na kanapie, chciałam na początku usiąść, ale potem doszłam do wniosku, że lepiej będzie mi stać, miałabym bliżej do pokoju.
-Czemu ty to sobie robisz? Krzywdzisz tylko siebie. Chcę żebyś była zdrowa, ten ośrodek...
-Nie. - przerwałam mu. - Żadnego ośrodka. - powiedziałam stanowczo.
-To ja jestem twoim ojcem i ja będę o tym decydować. Co ty chcesz uzyskać? Chcesz zapaść w śpiączkę jak te inne chore dziewczyny?
-Tato, to nie tak...
-A jak? Ja po prostu... Nie chcę stracić kolejnego dziecka. - schował twarz w dłonie.
Po tym zdaniu już nie chciałam nic mówić, chyba wystarczyło. Nie mogłam już go dobijać, a chyba wszystko co chciałam powiedzieć takie właśnie było.
Łzy zaczęły spływać mi po policzkach, sama nie wiedziałam czemu, może słowa taty mnie tak dotknęły... Nigdy tak do mnie nie mówił.
-Głowa mnie boli, pójdę się położyć. - poszłam do swojego pokoju.
Od razu za mną weszła Mari.
-Słyszałam co się stało... - przytuliła mnie. - Cieszę się, że nic ci nie jest. I błagam nie rób tego więcej bo za mocno cię kocham.
Kolejne słowa tego dnia, które są bardzo istotne dla każdego człowieka.
-A teraz mi zaśpiewaj.- zmieniła temat i wieczny uśmiech wrócił na jej twarz.
-Mari, nie mam siły... - jęknęłam.
-Błagam, jedną tylko jedną. Proooooszę.
-Dobra, ale jeśli ty opowiesz mi o tym swoim Pascalu. - uśmiechnęłam się.
Usiadłam przy fortepianie i zaczęłam grać własną melodie i dołączyłam moje słowa. W wolnych chwilach tworzyłam, ale słyszała je tylko moja siostra.
Kiedy skończyłam położyłam się na łóżku obok Mari, całą noc gadałyśmy, buzie się nam nie zamykały, stęskniłam się za nią i na szczęście mogłyśmy wtedy gadać, aż do znudzenia, choć o tym nie było mowy.

Jak na złość cały następny dzień spędzony z Williamem i Mari minął strasznie szybko. Pod wieczór musiałam się ładnie przebrać, jakby Harry był jakimś królem albo co najmniej hrabią. No cóż, wolałam się już nie narażać tacie i musiałam zrobić co kazał. Ubrałam zwiewną czarną sukienkę, a do tego tradycyjnie, trampki.
Kiedy Harry przyszedł, nie miałam zamiary rzucać mu się w ramiona, po prostu otworzyłam mu drzwi i mruknęłam ciche "cześć". Coś powiedział, ale ja poszłam do kuchni gdzie Melody dokańczała obiad. Z tego co słyszałam, to radził sobie w towarzystwie Williama i taty.
-Mari nakrywa do stołu. Może też byś coś zrobiła. - popatrzyła na mnie.
-To, że ona jest miła, to nie znaczy, że możesz ją wykorzystywać. - skrzywiłam się
Żal mi się zrobiło siostry, od rana chodziła gdzie tylko Melody ją posłała, Mari zawsze była uczynna i w tym był problem, nigdy nie odmówiła, mimo wszystko z uśmiechem się zgadzała. A ja dzięki temu, że się przeprowadziłam zaprzestałam żyć jak pomiatany śmieć.
Ale przecież miałam być grzeczna... Byłam w stanie zrobić wszystko, tylko, żeby tata mnie nie wysłał do kliniki.
-Pójdę jej pomóc. - uśmiechnęłam się krzywo i poszłam do jadalni.
-Powinnaś przestać być chłopcem na posyłki. - wzięłam od niej sztućce.
-A ty powinnaś pozwolić tacie być znowu szczęśliwym.
-A czy ja mu zabraniam? Ona jest wredna, to ja dla niej też.
-Wow. - odwróciła się do mnie twarzą. - Nie poznaję cię, od kiedy z ciebie jest taka odważna waleczna kobieta huh? - zaśmiała się. - Nie marnujmy na nią czasu. Dla świętego spokoju już wolałam rozłożyć te talerze. A tak poza tym. - przybliżyła się i mówiła szeptem. - To wy jesteście razem? Chcę mieć pewność.
-Mówiłam ci, że zerwała z nim dziewczyna. - mruknęłam.
-Ale jedno nie wyklucza drugiego. Pascal po tym jak dał mi kosza, to następnego dnia miał już nową.
-Myślę, że Harry jest dojrzalszy od tego półgłówka i bardziej stały w uczuciach. - stwierdziłam.
-I tak się kochacie. - wzruszyła ramionami i weszła do salonu.
Po chwili wszyscy weszli. Unikałam wzroku Harrego, najgorsze co mogłoby być to pokłócić się przy wszystkich, więc to była najlepsza opcja. Jakoś tak się ułożyło i pomiędzy nami usiadł William, na szczęście bo mogłabym mu zrobić krzywdę.
Myślałam, że zanudzę się na śmierć, tata na początku opowiadał o pracy policjanta, a potem przeszedł na temat restauracji. 
A jedzenie, które przygotowała Melody było obrzydliwe, gdy tylko spojrzałam na talerz, już miałam ochotę zwrócić śniadanie.
No i oczywiście jakbyśmy mogli ominąć bohaterski czyn Harrego i o nim nie rozmawiać? A kiedy zaczął się drażliwy temat czemu to nastąpiło, postanowiłam się ulotnić, ale brakowało powodu, tata już myślał, ze oduczył mnie maniery odchodzenia od stołu podczas jedzenia posiłku, ubikacja była zaraz koło salonu... Ummm... Bingo!
-Wybaczcie. - wstałam. - Muszę iść zażyć leki.
-Ale wracaj zaraz. - powiedział tata.
Jestem geniuszem. Poczułam ogromną ulgę kiedy znalazłam się u siebie w pokoju, nie musiałam patrzyć na Melody, ani jeść tego co przygotowała.
Leżałam tak przez chwilę, dopóki Harry nie postanowił mi przeszkodzić.
-Przyszedłem zobaczyć czy wszystko okej. - usiadł na łóżku.
-A niby czemu miałoby być inaczej? - spojrzałam podejrzliwie.
-No po wczoraj mnie już nic nie zdziwi. Posłuchaj, sama wiesz co się stało, spróbuj postawić się w mojej sytuacji. Jest mi ciężko, to wszystko mnie przytłacza. Już sam nie wiem co robię.
I znowu mu wybaczyłam, nie potrafiłam dłużej się do niego nie odzywać, albo być zła.
Lekko się nachylił, a ja go pocałowałam, żadne z nas nie protestowało. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Chyba zaczęłam walczyć o swoje szczęście...


No witam :)
tak wiem, rozdział miał być szybciej, ale brat ma mature i bywają kłopoty z moim dojściem do komputera, ale jak się skończy to bedzie lepiej. DZIĘKUJĘ ZA KOMENTARZE I TAKĄ ILOŚĆ WEJŚĆ. na prawde jesteście niesamowici ♥ do następnego.
xoxo
   

środa, 1 maja 2013

ROZDZIAŁ 16

Z imprezy postanowiłam wrócić trochę wcześniej, bo rano miała przylecieć Mari.
Tata był w pracy, a Melody na spotkaniu z innymi pustymi koleżankami.
Tak jak zawsze, Max podprowadził mnie pod bramę, a resztę przeszłam już sama.
Kiedy wróciłam do domu, nawet nie zaświecałam światła, tylko słyszałam, że ktoś jest w kuchni.
-William! Nalejesz mi wody?
W odpowiedzi dostałam głuchą ciszę. Postanowiłam tam wejść. Zobaczyłam Mari stojącą przy blacie.
-Co ty tu robisz? - podeszłam do niej i zdążyłam się podknąć trzy razy.
-Tęskniłam. - przytuliła mnie. - Jesteś pijana? - spojrzała.
-Może troszeczkę. - uśmiechnęłam się drętwo.
-Scarlett! Co ty tu ze sobą robisz? Teraz pójdziesz się położyć, jutro pogadamy.
Było mi niedobrze, wymiotowałam pół nocy, chciałam żeby ta męczarnia się po prostu skończyła. I dzięki Bogu się skończyła. Obudziłam się następnego dnia pod wieczór.
Ktoś zapukał do drzwi, nie miałam siły wstawać i otwierać więc krzyknęłam tylko "proszę" i do pokoju weszła Mari.
-Jak się czujesz? - usiadła na brzegu łóżka.
-Przepraszam za tą sytuację, nie chciałam żeby to tak wyglądało, myślałam, że przyjedziesz dzisiaj.
-Od ilu tak pijesz? - nagle mi przerwała.
-Nie wiem no. Od paru dni. - westchnęłam.
Nie miałam ochoty słuchać zażaleń i pretensji, a zwłaszcza, że nie wiedziała jaka jest sytuacja.
-Ten William rano jak wybiegał z domu w strasznym pośpiechu bąknął coś o tym, że mam przestać pić. - odchrząknęła.
-Dobrze, dziękuję za radę. - położyłam się na drugim boku, tyłem do Mari.
-Przyjdę potem, na razie masz gościa. Wpadł tu i mnie przytulił. Rozumiesz? Chyba nas pomylił, ale i tak jestem mega szczęśliwa. - pisnęła.
-Wrócili? A ty nie zapomnij oddychać. - zaśmiałam się.
Cała złość mi przeszła, w momencie. Podniosłam się i ją przytuliłam.
-Tak strasznie cię kocham. Pogadamy jak on pójdzie, obiecuję, że opowiem ci wszystko.
-Mam nadzieje, nie codziennie otwierasz drzwi i przytula cię twój idol i to jeszcze jakbyś była jego dziewczyną.
-Nie jestem jego dziewczyną. Zawołał tu tego gamonia. - ponownie się położyłam. - Dziękuję.
Ona się tylko uśmiechnęła i wyszła. Po chwili Harry z uśmiechem stanął w progu.
-I to tyle? Takie przywitanie?
-Gdybym miała siłę to zatańczyłabym ci na biurku, meksykanie zaśpiewaliby serenadę. O! I jeszcze zamówiłabym piniatę. - uśmiechnęłam się.
-Jak się czujesz? - podszedł. - Byłaś z nim, tak?
-Tak, ale czy to teraz takie ważne? - Zrobiłam mu miejsce na łóżku. - Chodź. 
I wszedł pod kołdrę. Nawet nie miałam siły dokładnie na niego popatrzeć, on mnie objął, a ja położyłam głowę na jego torsie.
-Jak w wielkim świecie? - zapytałam.
-Nawet okej, nie jest wcale taki super jak go opisują, ale w porządku. Nie miałem na nic czasu, non stop praca i praca. A ty tu bidulko pewnie siedziałaś i się nudziłaś tak?
-Dokładnie, wysiadywałam pod waszym domem z nadzieją na wasz wcześniejszy powrót. Słyszałam, że poznałeś już moją siostrę. - zaśmiałam się.
-No tak jakby. Mówił wam już ktoś, że jesteście identyczne? Zrobiłem z siebie idiotę.
-Bo jesteśmy bliźniaczkami geniuszu. Wcale nie zrobiłeś, jakbyś widział szczęście w jej oczach to chciałbyś zrobić to jeszcze raz. Ona was uwielbia, ale zapewne jak was pozna to jej przejdzie, jak mi. - zaśmiałam się.
-Czyli mnie nie lubisz? Oh Bennett, nieładnie kłamać.
Chciałam uniknąć tego tematu, z samej zasady, on miał dziewczynę, leżeliśmy razem w łóżku i rozmowa o naszych stosunkach? Chyba złe połączenie.
-Gdzie Lou?
-Został razem z Liamem i Zaynem. Stwierdzili, że zrobią sobie małe wolne bo tym pracowitym tygodniu. A najlepsze jest to, że nie mamy kluczy od domu. - zaśmiał się.
-Jak to? A poza tym na twoim miejscu tak bym się nie śmiała. Gdzie wy będziecie nocować? - podniosłam na niego wzrok.
-Do wieczora coś już z tym zrobią. Czy ty się właśnie o mnie martwisz? - uśmiechnął się.
-Wcale nie. Po prostu żal mi Nialla. Jak dla mnie możesz spać nawet na wycieraczce.
Po chwili wyszedł do ubikacji, zostawił na łóżku telefon i akurat dostał wiadomość. Wiem, że to okropne, ale moja ciekawość zwyciężyła.
Jak się okazało nadawcą była Vanessa. No takiej treści się nie spodziewałam. Zerwała z nim, przez telefon, w zasadzie przez smsa. To było podłe i dziecinne, z resztą jak cała ona. Ale przecież nie mogłam pozwolić na to, żeby to przeczytał, ani nie mogłam tego usunąć.
Właśnie wtedy upewniłam się, że coś do niego czuję. Nie chciałam, żeby cierpiał, mimo wszystko.
Wrócił, a ja spanikowałam i schowałam telefon pod poduszkę.
-Widziałaś mój telefon? Niall miał dzwonić w razie czego. - rozglądał się po pokoju.
-Ummm. Nie. - skłamałam.
Byłam strasznie tępa. I w kłamaniu i w chowaniu rzeczy, bo po paru sekundach go znalazł.
Ponownie usiadł. Odblokował i od razu pojawiła mu się już otwarta wiadomość. Widziałam jak jego twarz się zmienia. W ogromną złość i smutek.
-Widziałaś?
-Mhm. Ale to...
Chciałam się jakoś wytłumaczyć, ale rzucił telefonem w ścianę, kompletnie się rozleciał.
Nie wiedziałam co mam zrobić, cała się trzęsłam. Nie myślałam racjonalnie, w ogóle nie myślałam. Po prostu wstałam i go przytuliłam.
-Muszę się przewietrzyć. - rzucił i wyszedł z pokoju.
Dobrze, że miałam na sobie coś normalnego, ubrałam tylko trampki leżące obok fortepianu i wybiegłam za nim.
-Mari będę niedługo. Przepraszam. - krzyknęłam kiedy ją mijałam.
-Poczekaj! - zawołałam jak wybiegłam z domu.
Zignorował mnie i szedł dalej. Jego jeden krok to trzy moje i musiałam biec, żeby go dogonić.
-Co chcesz zrobić? Nie możesz działać w złości. - powiedziałam, kiedy już szłam razem z nim.
-Jeśli masz zamiar teraz gadać mi te bzdury, które wygaduje chorym ludziom ten twój psycholog to się zamknij. - warknął.
Zabolało. Z jego ust dwa razy mocniej. Ale powiedział to nie kontrolując się. Poza tym parę minut wcześniej przeczytał, że dziewczyna z nim zrywa. Choć mimo to, było mi przykro. Już łza napływała mi... Nie, to teraz ja muszę go pocieszyć, ja mam być jego oparciem, a nie płakać. Właśnie tak sobie wtedy powtarzałam.
-Nie rób nic głupiego. Będziesz później tego żałował.
Już brakowało mi pomysłów. Musiałam sprowadzić go do domu.
-Idziemy się napić? - wypalił nagle.
Popatrzyłam na niego jak na idiotę, ale zorientowałam się, że on mówi serio.
-Zwariowałeś? - tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
-Z nim kurwa tyle piłaś, a ze mną raz nie pójdziesz? - krzyknął.
Znowu zabolało.
Był wściekły. Nie chciałam znowu tego robić, ale nie mogłam go zostawić samego.
-Prowadź. - mruknęłam.
Ten wieczór nie mógł skończyć się dobrze.



Cześć.
przepraszam, że znowu Was zawiodłam, że rozdział beznadziejny i, że tyle musieliście czekać, ale mój brat majsterkowicz przeinstalował mi windowsa i oczywiście ja do niczego nie pamiętam hasła włącznie z blogiem i musiałam kombinować żeby się zalogować, na szczęście sie udało. do następnego
xoxo