czwartek, 14 lutego 2013

ROZDZIAŁ 2

Kiedy już tacie udało się mnie odciągnąć od fortepianu zeszliśmy na dół, do jadalni. Położył dwa talerze z hamburgerami, na co ja pokręciłam nosem.
Nie jadałam takich rzeczy, ogólnie we Włoszech zawsze z siostrą byłyśmy na takiej jakby diecie.
-Dziękuję, ale nie jestem głodna. - uśmiechnęłam się przepraszająco.
-Przepraszam, że nic nie zrobiłem, ale tak jakoś wyszło, ciągle mało czasu. - westchnął.
-Tato, ale nic się nie stało. To super, że się starasz, ale ja nie jestem gwiazdą ani nikim ważnym. 
-Od jutra będziesz jeść w restauracji.
-Jak to? Na drugim końcu Londynu?
-Przenieśliśmy restaurację, jest ulicę dalej. Jutro jest otwarcie. Zobaczysz się z Gordonem. Jutro pójdziemy na zakupy, potrzebujesz czegoś na zimniejsze dni i wtedy omówimy wszystko.
-Tato? Bo Gordon mi się wygadał co do jakieś Melody, dowiem się o co chodzi? - stukałam paznokciami o stół.
-Będzie za dwa dni, musiała wyjechać do chorego taty. Jutro dowiesz się wszystkiego, a teraz zmykaj na górę. 
-Dobranoc. - pocałowałam go w policzek i poszłam do pokoju.
Ogarnęłam parę rzeczy, a resztę zostawiłam, nie miałam już siły na sprzątanie. Wyszłam jeszcze na chwilkę na balkon żeby się przewietrzyć, jeden minus; balkon wychodził na ulice, na wprost miałam balkon z domu na przeciwko. Ale kto by się przejmował. 
Po chwili padłam na łóżko i zasnęłam, lecz nie potrwało to za długo. Obudził mnie głośny huk, wstałam wpółprzytomna i otworzyłam delikatnie drzwi, zobaczyłam słaniającego się na nogach jakiegoś chłopaka, skrzywiłam się po czym wróciłam do łóżka. Pomyślałam, że to sen.
Potem już nie mogłam zasnąć, za dużo wszystkiego na raz, całe moje monotonne życie zmieniło się w dzień.
Kiedy już promienie słońca przedarły się przez chmury i dotarły do pokoju przez brak firanek wstałam.
Ubrałam leginsy, podkoszulkę i bluzę, trampki ubrałam na schodach, po czym po nich zbiegłam i wyszłam.
Pobiegałam czterdzieści minut po czym wróciłam i od razu wzięłam prysznic, zapowiadał się słoneczny dzień więc ubrałam żółtą sukienkę nad kolano z rękawami do łokci. Zeszłam do kuchni gdzie tata już pił kawę.
-Wychodziłaś gdzieś? - nie podniósł wzroku znad gazety.
-Byłam pobiegać. - nalałam sobie soku i usiadłam naprzeciwko. - Czy ktoś mi wyjaśni czemu jakiś chłopak tłukł się w środku nocy po korytarzu?
-Mhm? - zerknął na mnie. - Aaaa. Mówisz o Williamie. To syn Melody, ale to wyjaśnię ci potem. Teraz musimy szybko pogadać, na zakupy pójdziemy innym razem bo muszę iść do pracy.
-Słucham. - zaczęłam kołysać się na krześle.
-Pojutrze pójdziesz do szkoły, tak żeby rozeznać się jeszcze w tym roku szkolnym, żebyś od września mogła iść normalnie. Następną sprawą są leki, od dziś ich nie będziesz brała, prócz magnezu. Już umówiłem cię z nowym terapeutą.
-Co? Jak nowy? Myślałam, że nie będę musiała... - trochę się wkurzyłam.
-Potrzeba ci rozmowy, mnie często nie ma. Jeśli wszystko będzie okej to odpuścimy, to na prawdę dobry terapeuta.
-Czyli ty też uważasz, że masz chorą córkę? To ty może też odeślij mnie dalej jak mama. - wstałam.
-Vivi. - chwycił mnie za rękę. - Robię to dla twojego dobra. Poza tym nie masz żadnych obowiązków, chcę żebyś była szczęśliwa. 
-Jak uważasz. - wyrwałam się. - Idę się rozpakować.
Gdy szłam po schodach minęłam się z tym chłopakiem, miał czapkę więc za bardzo twarzy i włosów nie widziałam, ubrany był w dres. Jakoś przemknął i nie zdążyłam powiedzieć słowa. Pff, co ja się będę starać.
Jakoś nie pałałam entuzjazmem to sprzątania moich rzeczy, ale odkładanie tego nie później też nie było dobrym rozwiązaniem.
Wszystko poukładałam idealnie, choć wiedziałam, że za jakieś trzy dni wszystko będzie w totalnym chaosie.
Usiadłam przy fortepianie i zaczęłam grać, z nudów i potrzeby zrozumienia bo tylko wtedy czułam się doceniona, cały świat znikał, dopóki jakiś kretyn nie zaczął walić po drzwiach. Nie kto inny jak niejaki William.
-Twój tata powiedział, że koło szóstej mam zabrać cię do tej restauracji więc nigdzie się nie szwendaj, nie jestem twoją niańką i nie będę cię szukał. - po czym odwrócił się na pięcie i poszedł w głąb korytarza.
Stałam wryta jeszcze parę minut. Za kogo on się uważał? Poza tym nie mam sześciu lat. Już wiedziałam, że z nim będą kłopoty.
I wtedy zadzwoniła Mari.
-No cześć siostra, jak ci tam? - zapytała na wstępie.
-Jeszcze nic szczególnego, poza tym, że jeszcze będę chodzić do szkoły, dostałam nowego terapeutę, dziewczyna taty przyjedzie za parę dni, a jej syn działa mi na nerwy. To chyba tyle. - powiedziałam na jednym oddechu.
-A to super. - powiedziała, jakby w ogóle mnie nie słuchała. - A nie zgadniesz co się u mnie wydarzyło.
-Wybacz, ale teleportacji jeszcze nie potrafię. 
-Nie śmieszne Scarlett. Ty już przestań i posłuchaj. Dzisiaj byłam na stołówce i przepisywałam notatki z chemii to Pascal to mnie podszedł! - pisnęła.
-Łuł, super. - powiedziałam bez entuzjazmu. - Pascal? Co to w ogóle za imię? Samo to jak się nazywa skreśla go na samym początku. - zaśmiałam się.
-To cudownie siostro ty moja kochana, że cieszysz się moim szczęściem.
-Ależ proszę. A jak mama?
-No właśnie mnie woła, muszę z nią iść posprzątać grób Jadena. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Kocham cię.
-Ja ciebie też. - rozłączyłam się i rzuciłam telefon na łóżko. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić a do szóstej były cztery godziny, wzięłam gitarę, ubrałam trampki i wyszłam przed dom. Tak jak rozkazał nie mogłam wychodzić za daleko więc usiadłam sobie na schodkach i zaczęłam grać. Zawsze się wstydziłam grać albo śpiewać publicznie, ale nikogo w okolicy nie było, zwłaszcza, że mieszkają tu ludzie, którzy rzadko bywają w domu.
Przekładałam palcami aby tworzyły znane mi chwyty, prawą ręką sunęłam po strunach i wyszedł dźwięk piosenki. Dołączyłam śpiew. The A Team, tak to była piosenka, którą uwielbiam grać. Przy drugiej zwrotce usłyszałam, że ktoś się do mnie dołączył. Mocny głos dziewczyny, byłam tak pochłonięta, że nawet nie popatrzyłam kto to, dopiero gdy skończyłam podniosłam wzrok. Cztery metry ode mnie stała szczupła blondynka, dość wysoka, urocza i sympatycznie wyglądająca.
-To było cudowne. - powiedziała.
-Dziękuję. - zaczerwieniłam się. - Gdyby nie ty nie wyszłoby.
-PERRIE! - krzyknął jakiś chłopak z domu naprzeciwko.
Ta tylko uśmiechnęła się, pomachała na pożegnanie i poszła.
Dopiero zaczęłam analizować co się przed chwilą stało. Dość dziwna sytuacja, najzwyczajniej w świecie sobie grałam i śpiewałam, aż tu dołączyła się obca dziewczyna. No we Włoszech mi się nic takiego nie przydarzyło. A głos miała nieziemski.
Pograłam jeszcze trochę, ale usłyszałam otwierające się drzwi, odwróciłam się i William tam stał. Już wyglądał trochę bardziej jak człowiek. Włosy miał wygolone po bokach, a grzywka spoczywała swobodnie na czole, ubrał ciemne rurki i sweter.
-Ruszaj się. - pogonił mnie.
-A..? - zaczęłam.
-Nikt ci jej tutaj nie ukradnie. - wziął gitarę i położył na leżaku.
Wstałam i poszłam za nim.
Zachowywał się arogancko, działam mi na nerwy. A co najgorsze muszę z nim mieszkać.
Szliśmy pięć minut, na szczęście. Nie wytrzymałabym nawet ciszy z tym człowiekiem, uważał się za nie wiadomo kogo.
-Będę za godzinę, wtedy zamykają. - westchnął i poszedł sobie.
Tak zwyczajnie, zostawił mnie.
Przede mną stał spory budynek, elegancki w beżowym kolorze. Weszłam do środka, wszystko ślicznie udekorowane, wszędzie świeże kwiaty i zapachowe świeczki.
Minęłam panią, która rozsyłała klientów do danych stolików, ogólnie za dużo osób nie było. Nie wiedziałam gdzie mam pójść, w końcu trafiłam do sali gdzie znajdował się bar i wejście do kuchni.
Głośno odchrząknęłam, po chwili przyszedł Gordon i mocno mnie uściskał.
-Jak miło cię widzieć mała. - siadał, zaraz coś przyszykuję i opowiesz mi wszystko. - i zniknął.
Usiadłam na wysokim krześle przy barze, na sali znajdowała się jeszcze tylko jedna osoba, więc nie musiałam zachowywać się cicho czy coś w tym stylu.
Po paru minutach Gordon przyniósł talerz z jedzeniem.
Wyglądało dość zachęcająco, ale nie wiedziałam co to, więc spróbowałam.
-Nie wiem co to jest, ale naprawdę smakuję perfekcyjnie. - uśmiechnęłam się.
-Imię zobowiązuję. - poruszył brwiami.
Gordon ma trzydzieści osiem lat, ma lekką nadwagę i śmieszne żółtawe włosy. 
-Czemu tak mało ludzi? - bawiłam się widelcem.
-Dzisiaj jest takie nieoficjalne otwarcie, wiedzą tylko ludzie, którzy przechodzili obok, albo znajomi.
Opowiedziałam wszystko co zdarzyło się przez ostatni rok, namawiał mnie na powrót to baletu, ale jestem za uparta, oczywiście zdążył skarcić mnie za moje bójki i pochwalić za oceny. A czas mijał nie ubłagalnie, postanowiłam wrócić sama. Osoba, która siedziała w rogu sali też wychodziła, w sumie szliśmy prawię krok w krok. Weszliśmy na nasze osiedle.
Dość szczupły i wysoki, brązowe włosy wystawały mu spod czapki. Co tu wszyscy mają z tymi czapkami?
-Ty się tu wprowadziłeś? - zapytałam, a on odwrócił się i popatrzył na mnie jakbym zabiła jego kota.
-Ach, no, tak. - mruknął.
-Ja też. - wymusiłam uśmiech.
CZEMU JA MAM TALENT BO UPOKARZANIA SIEBIE?! Nie wiem po co zagadałam do niego, tak jakoś. To po tym daniu od Gordona.
-Louis. - wystawił do mnie rękę.
-Scarlett. - uśmiechnęłam się.


William Goot
lat 19


CZEEEŚĆ! ♥
no ten też jest taki dłuższy. i dodałam Williama bo wcześniej zapomniałam. jejuu. tak dziękuję za komenatrze że aż baaardzo ♥. i życzę szczęśliwych walentynek! ♥ 
xoxo 


 

piątek, 8 lutego 2013

ROZDZIAŁ 1

Modliłam się tylko, żeby nie dzwonili do domu.
Weszłam cicho, szybko zdjęłam trampki, ale za głośno nimi rzuciłam.
-SCARLETT VIVIENNE KOURTNEY BENNETT! - krzyk mamy dobiegał z kuchni.
Zadrżałam, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam do kuchni.
-Mamo... - zaczęłam.
-Nie ma mamo, mam dość. Nie chce słuchać "Ona zaczęła...", "To nie moja wina". Po prostu dość. - trochę się uspokoiła, ale bałam się co będzie dalej. - Wiesz jaka jest umowa... Prawie wszystko już gotowe.
Stałam dalej jak słup soli, mama dużo razy o tym wspominała, ale nigdy nie brałam tego na serio, zawsze miał być ten 'ostatni raz'. Chociaż cieszyłam na tą wieść, w końcu nadeszła ta chwila.
-Masz czas do wieczora. - wzięła paczkę papierosów i wyszła z naszego mieszkania.
Obróciłam się w lewo, zrobiłam jeden krok i już weszłam do pokoju, który dzieliłam z siostrą. Nasze mieszkanie nie było za duże, dwa pokoje, kuchnia i łazienka, nic szczególnego.
Mari leżała u mnie na łóżku, bawiła się telefonem, ale jak zobaczyła, że weszłam do pokoju, usiadła w sekundzie.
-I jak? - zapytała.
-No nic. Ale tym razem na prawdę to ona zaczęła, ja tylko oddałam. - opadłam na krzesło. - Strasznie dziś gorąco.
-Scarlett, mieszkamy we Włoszech, jest początek czerwca, czego ty oczekujesz? A teraz gadaj! - popędzała mnie.
-Niby wieczorem mam samolot. - westchnęłam.
-No co ty? Nie możesz mnie tu zostawić. Z kim ja będę tańczyć? Kto będzie mi śpiewał jak będę smutna? - zaczęła panikować.
-Mari spokojnie, ona tak tylko mówi. Jak po każdej takiej sytuacji. - podeszłam do szafki, wyciągnęłam tabletki i zaczęłam połykać przeznaczone dawki.
-Tak myślisz? To dobrze, ale błagam, bo ona kiedyś przestanie ci wierzyć, że się poprawisz. Przy kolejnej bójce ona już nie wytrzyma.
-Radziłabym ci się już zacząć pakować. - mama weszła, położyła dwie duże walizki na podłodze i wyszła.
Popatrzyłyśmy się na siebie zszokowane.
-Błagam, żeby to był żart. - blondynka zaczęła nerwowo chodzić po małym pokoju.
-Można się byłoo tego spodziewać. - otworzyłam szafę i zaczęłam rzucać ubrania na łóżko.
-A co ty taka spokojna?
No tak już było. Obydwie byłyśmy grzeczne, no oprócz moich bójek. Słuchałyśmy rodziców, dobrze się uczyłyśmy. Obie też byłyśmy przeważnie spokojne, a ja wiedziałam, że w tej sytuacji nic nie uzyskam. Mari za to wolała świrować, może miała nadzieje, że dzięki temu zostanę.
-To nic nie da. - wszystko składałam i kładłam do walizek, siostra uklękła obok mnie i pomogła mi z ubraniami.
-Zostawisz mnie? Nie możesz, zabraniam ci. Od zawsze byłyśmy razem, nawet w brzuchu u mamy. Nigdy się nie rozstawałyśmy. - ciągle mówiła.
-Posłuchaj. - odstawiłam na chwilę pakowanie i spojrzałam na nią. - To, że pojadę do taty nie znaczy, że przestane cię kochać. Jesteś dla mnie najważniejsza, poza tym przecież jak co roku jesteśmy w Londynie na wakacje. - przytuliłam ją.
-Od początku, aż do końca? - wystawiła mały paluszek.
To zdanie wypowiadałyśmy zawsze jak się pokłóciłyśmy, bądź któraś była smutna, albo na drugą zła.
-Od początku, aż do końca. - powtórzyłam twierdząco i splotłam nasze palce. - A teraz wracamy do pakowania. - zaśmiałam się.
Może tego nie okazywałam, ale byłam strasznie przybita, nie chciałam jej zostawiać. "To moja najlepsza przyjaciółka, jak ja to zrobię?" - powtarzałam sobie w myślach. Tak z dnia na dzień, to nie było możliwe.
Po spakowanych ubraniach, nadszedł czas na strój do baletu. Postanowiłam, że nie będę już tańczyć, u taty, ale na wszelki wypadek... Koło pełnych walizek położyłam jeszcze pokrowiec z gitarą.
-Idziemy na spacer? Ten ostatni raz, proszę, proszę, proszę. - uśmiechnęłam się do Mari.
-No dobra. Znaj łaskę pana. - prychnęła, a potem wybuchłyśmy śmiechem.
Wsunęłyśmy tylko okulary przeciwsłoneczne na nosy i byłyśmy gotowe do wyjścia.
Nie mieszkaliśmy w nie wiadomo jakiej cudnej dzielnicy, ale nie było też strasznie. Wszyscy w okolicy się znali, atmosfera była pozytywna i na ogół nie było awantur. Żal mi było to zostawiać, miałam wkroczyć do nieznajomego mi świata. Niby jeździłam tam na wakacje, ale to nie to samo. 
Ostatni spacer po moich pięknych i słonecznych Włoszech, coś nie do opisania. Spróbujcie sobie wyobrazić; twój cały świat musisz zamknąć w pudełku i przenieść gdzieś indziej. Po prostu się nie da. Chociaż było parę plusów; w końcu mogłam zamieszkać z tatą, zająć się muzyką, w końcu mieć spokój od ciągłego paplania mamy.
Usłyszałam dzwonek mojego telefonu, na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie taty, natychmiast odebrałam.
-No cześć Vivi. Gotowa?
-Hej. Tak, wszystko spakowane. - uśmiechnęłam się na myśl o spotkaniu z tatą.
-Będę czekać na lotnisku. Mam niespodziankę.
-Nie mogę się doczekać. Mamy dużo do pogadania. - miałam na myśli jego nową dziewczynę, o której dowiedziałam się przypadkiem od jego przyjaciela Gordona.
-Powiedz Mari, że tylko skończy zajęcia w szkole i ostatnie występy się odbędą to przyjedzie. Kończę bo właśnie wracam do domu, muszę trochę posprzątać. Kocham cię Vivi.
-Ja ciebie też. - rozłączyłam się.
Tata mówi do mnie "Vivi" od urodzenia, chciał żebym miała tak na imię, ale mama zastrajkowała i to zostało moim drugim imieniem. A, że tata jest uparty jak na Bennettów przystało, to mówi tak cały czas.
A co do Gordona; jest to taty przyjaciel, z którym przyleciał do Włoch, lecz on musiał wrócić. Teraz wspólnie prowadzą restaurację, Gordon jest szefem kuchni i współwłaścicielem, tata tym 'większym' właścicielem, chociaż zachowują w zarządzaniu równowagę. Już nie mogłam się doczekać, aż ich oboje spotkam i pójdę do restauracji.
Prócz zajmowaniem się restauracją tata jest policjantem.
Z zamyśleń wyrwała mnie siostra, komunikując że jesteśmy pod domem, a na mnie już czeka taksówka.
Dopiero wtedy to do mnie dotarło, musiałam opuścić moją siostrę. Byłam na siebie zła, ale użalanie się nad sobą nic nie dawało, więc nie chciałam tracić czasu.
Miły pan kierowca zapakował moje bagaże, Mari chciała ze mną pojechać, ale mama 'musiała' uszyć strój na jej występ, dlatego pożegnałyśmy się pod domem i szybko pojechałam z siostrą żeby nie spóźnić się na samolot.
Nie to, że mam coś do mamy. Po prostu nasze stosunki nie idą w dobrym kierunku. Po... śmierci Jadena wszystko się zmieniło. To oczywiste, że się kochamy, ale nie potrafimy być ze sobą tak blisko jak kiedyś, to co innego.
-Słuchaj mnie. - kiedy stałyśmy już koło odprawy Mari naszło na zwierzenia. - Jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, nie chce się rozstawać, ale przez twoje bójki cwaniaku musimy się rozdzielić, co na bliźniaczki nie przystało. Wiem, że się zobaczymy za miesiąc, ale przez ten czas może wydarzyć się wiele, sama wiesz, że jeden dzień może obrócić życie w koszmar. On tam jest i będzie się tobą opiekować. - pokazała lekko palcem do góry, a ja położyłam dłoń na klatce piersiowej, a konkretne na literce "J" która wisiała na złotym łańcuszku. - Teraz już będzie z góry.
-Kocham cię siostra. - przytuliłam ja.
Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. 
-Od początku, aż do końca. - powiedziałyśmy razem.
I byłam już gotowa. Po wejściu do samolotu od razu usiadłam i zasnęłam.
Obudził mnie pan siedzący obok, powiedział, że jesteśmy na miejscu.
Było już trochę ciemno. Szybko odebrałam swoje bagaże i ruszyłam przed siebie, kompletnie nie wiedząc gdzie. Chodziłam bez celu jakieś dwadzieścia minut, zaczęłam trochę panikować, ale nagle wśród tłumu wyłonił się tata.
Jak już był koło mnie, zostawiłam rzeczy i się do niego przytuliłam.
Nasze przywitanie trwało dość sporo, dopóki jakaś starsza pani nie okrzyczała nas, że stoimy na środku. Tata wziął bagaże i ruszyliśmy.
-Już mogę ci powiedzieć, co jest tą niespodzianką.
-Taaak. - zaklaskałam w dłonie jak malutkie dziecko.
-Mamy nowy dom. Po tych atakach na rodziny policjantów, prokuratorów i polityków, postanowiłem bardziej zadbać o bezpieczeństwo. Dom jest na chronionym osiedlu, całe liczy dwadzieścia takich domów, jest ogrodzony bramą, a wejścia pilnuje strażnik.
-To jak więzienie? - zdziwiłam się.
-Nie. Tu chodzi tylko o bezpieczeństwo. Tylko dziewięć domów jest zamieszkanych, to osiedle dopiero wybudowano. Będziesz miała swój pokój, no i jeszcze jedno. Bo za tydzień masz urodziny i zamówiłem dla ciebie fortepian, mieli go przywieźć właśnie w ta datę, ale pomylili terminy i już jest.
Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć. Jeszcze parę godzin temu dzieliłam pokój z siostrą, mało miejsca i słabe warunki do rozwijania swojej pasji. A tu się okazuję, że dostanę swój pokój i fortepian na urodziny.
W końcu dojechaliśmy. Dziesięć domów po jednej stronie ulicy i dziesięć po drugiej. Nasz był praktycznie pośrodku, a dokładnie piąty od bramy.
Ktoś również się wprowadzał. Naprzeciwko nas. Miałam tylko nadzieje, że to jacyś normalni ludzie, może mogłabym kogoś poznać...
-To chyba jakaś rodzina z dzieckiem, wnoszą trampolinę i kolorowe meble. - mruknął parkując.
-Mhm. - westchnęłam.
Dom był ogromny, biały z czarnym dachem. Weszliśmy po schodkach na werandę, która była podparta kolumnami, które sięgały do balkonu piętro wyżej. Tata przepuścił mnie w drzwiach, ujrzałam ogromną przestrzeń. Szłam przed siebie z otwartą buzią. Na lewo były drzwi do kuchni, urządzona była w kolorze bakłażanu i zgniłej zieleni, dość modnie więc ktoś musiał maczać tu swoje paluszki. Wróciłam do salonu, był wielki i prowadził na taras, weszłam tam, ogród również był dość masywny. Śliczne kwiatki, huśtawka... Tu musi mieszkać kobieta i tata już mnie nie oszuka.
-Vivi! Chodź pokażę ci twój pokój! - zawołał mnie tata, który już stał na drewnianych schodach. 
Doszłam do niego, krok w krok. Weszliśmy na piętro, na lewo był jeden korytarz a po prawej były drzwi.
-Tutaj. - otworzył je z uśmiechem. 
Na lewo była ogromna szafa, obok niej lśniący fortepian. Dalej stało biurko i łóżko, a pod oknem fotel i regał z książkami. Od razu usiadłam przy fortepianie i zaczęłam grać.



Dzień dobry bądź dobry wieczór :)
tak więc pierwsze koty za płoty. za dużo sie nie dzieje, na razie chciałam objaśnić parę rzeczy, ale mam nadzieje że was aż tak strasznie nie zanudziłam. dziękuuuuuuuuuuuję za komentarze baaaaaardzo.
xoxo            

niedziela, 3 lutego 2013

Prolog

Wszystko zaczęło się jak mój tata miał osiemnaście lat i wyjechał na wakacje do Włoch, poznał tam moją mamę. Potem powstałam ja i moja siostra bliźniaczka. Jesteśmy identyczne, w dzieciństwie nas nie rozróżniano, jedyne co nas różniło to moje znamię na lewej kostce, zwykła mała plamka, komu by się chciało oglądać nasze kostki za każdym razem? Nikomu i dzięki temu mogłyśmy się zamieniać, nawet mama czasami nam wierzyła.
Mama tańczyła, ale zaszła w ciąże i jej marzenia legły w gruzach, swoje ambicje przelała na nas.Tańczyłyśmy balet od małego.
Kiedy już troszkę podrosłyśmy, urodził się nasz brat Jaden, ale to wciąż ja byłam oczkiem w głowie rodziców. Taniec był najważniejszy, wszystko było podporządkowane temu, ale idealnie też nie mogło być na długo.
Kiedy miałam trzynaście lat, wszystko zniszczyłam, pewnego dnia chciałam jechać do koleżanki, koniecznie, choć konkretnego powodu nie miałam. Mama się opierała, ale ja wciąż nalegałam, nie miała co zrobić z pięcioletnim Jadenem, więc wzięłyśmy go ze sobą.
Mieliśmy wypadek, pamiętam tylko, że mocno uderzyłam głową o szybę, potem obudziłam się w szpitalu, wtedy dowiedziałam się, że Jaden nie żyję. Mama nigdy nie powiedziała tego dosłownie, ale to dało się odczuć i zrozumieć po jej zachowaniu, że wini mnie o ten wypadek. Czułam się okropnie, tak jakbym zabiła ukochanego młodszego brata, nie życzyłam nikomu takiego cierpienia.
Po masy badań okazało się, że trzeba ciężkiej rehabilitacji jeśli chciałabym normalnie chodzić, w prawej nodze nerwy zostały uszkodzone, a kości połamane. To było oczywiste, koniec z tańcem.
Do leków na zaburzenie odżywiania  doszły jeszcze antydepresanty, dostałam nawet swojego terapeutę.
Tata nie wytrzymał, rozwiódł się z mamą i wrócił do Anglii, nie miałam mu tego za złe, gdybym mogła też bym wyjechała jak najdalej.
Teraz to Mari była dla mamy najważniejsza, nie to że ja byłam odtrącana na dalszy plan, mnie mama ignorowała, już nie byłam jej córką, czułam się jak przybłęda.
Choć czasami kiedy siostra rozmawiała z nią to brała mnie gdzieś na miasto i zapewniała, że kocha mnie mocno, tak jak zawsze i że wcale śmierć Jadena to nie jest moja wina. To przytłaczało mnie jeszcze bardziej.
Wciągnęłam się w muzykę, a że nie przeszkadzałam mamie, a terapeuta miał nadzieje, że moja samoocena się podniesie to mama z tatą opłacili mi naukę na pianinie, gitarze i śpiew.
Po dwu rocznej rehabilitacji powiedzieli, że mogę wrócić do baletu, owszem wróciłam, ale tylko do ćwiczeń i treningów, na scenie już nie chciałam występować.
Kiedy już wróciłam do normalnej szkoły było jeszcze gorzej, na ogół byłam rygorystycznie i dobrze wychowana, ale jak nadał się byle jaki powód i wpadałam w obłęd, potrafiłam się bić z dziewczynami nawet w klasie.
Doszły następne tabletki, na uspokojenie.
Czułam się jak świr, to nienormalne żeby nastolatkę faszerować lekami, które i tak nic nie dawały.Zapchać jej cały dzień zajęciami, tylko żeby 'chora' Scarlett nie miała czasu nic zrobić sobie bądź komuś. A ja chciałam tylko żeby ktoś mnie rozumiał, nie traktował jak psychola, oczywiste że załamałam się po śmierci brata, która zdarzyła się przeze mnie, ale to nie był powód żeby traktować mnie jak schizofreniczkę.
Jedyne co trzymało przy tym by nie zwariować były wizyty u taty z siostrą. Był policjantem i prowadził genialną restaurację. Mogłam tam być sobą, muzyka pochłaniała mnie i czułam, że jestem w swoim żywiole. Nie musiałam brak tych cholernych leków, zero lekarzy i kłótni.

Przez jedno zdarzenie moje życie diametralnie szmieniło.


Witam :)
prolog nie za długi, no ale już na mnie tak przystało że one są takim "wstępem". bardzo dziękuje za komentarze i słowa wsparcia.
xoxo