wtorek, 19 lutego 2013

ROZDZIAŁ 3

Rozmawialiśmy jeszcze koło godziny, było na prawdę miło, dopóki nie zauważyłam podchodzącego do nas wściekłego i czerwonego Williama. Chwycił mnie za ramię i lekko szarpnął.
-Zgłupiałaś? Gdyby twój tata się o tym dowiedział już bym był martwy.
Zrobiło mi się wstyd, dopiero poznałam Louisa a wyszłam na gówniarę, która nie może wyjść za ulice.
-Puszczaj. - wyrwałam się i zaczęłam masować zaczerwienione miejsce. - Umiem sobie sama poradzić, nie rób scen i idź do domu. - odwrócił się do niego tyłem. - Pa Louis i przepraszam za niego.
-Do zobaczenia.- uśmiechnął się i wszedł do domu naprzeciwko.
Czyli tam gdzie wchodziła Perrie, moja wyobraźnia działa za bardzo, już były wymysły, że może są razem. 
-Co ty sobie wyobrażałaś? - znowu zaczął krzyczeć, był tak zły że nie mógł otworzyć drzwi, jednak po głębszych staraniach się udało.
Ja wzięłam gitarę i chciałam już pójść na górę, ale on mnie zatrzymał.
-Masz się mnie słuchać i trzymać. Rozumiesz?
-Co? Za kogo ty się uważasz? - odłożyłam instrument i podeszłam do niego.
-Nie będę się z tobą kłócić. Następnym razem czekaj, aż przyjdę, jasne? - dalej miał podniesiony głos.
Chyba serio się wystraszył, tata musiał go konkretnie przeszkolić. Nawet nie wiedziałam, że sprawię tyle kłopotu.
-Nie trzeba, następnym razem pójdę już sama.
-Na twoim miejscu nie byłbym taki pewny. - mówił już ciszej, a jego wyraz twarzy złagodniał i poczułam się bezpieczniej.
-Idę do siebie, a ty się już tak nie spinaj. - poklepałam go złośliwie po ramieniu i się odwróciłam.
-Poczekaj. - westchnął. - Zły początek znajomości.
-Serio? - wywróciłam oczami. - Myślałam, że z każdym tak robisz. - powiedziałam sarkastycznie.
-Chodź. - pociągnął mnie za rękę do kuchni. - Zaczniemy jeszcze raz.
Usiadłam przy stole, a on zaczął grzebać po szafkach.
-Zacznij. - założyłam nogę na nogę.
-Jak w szkole? - zapytał na co kiwnęłam głową. - Mam dwadzieścia lat, mama urodziła mnie jak miała piętnaście. Rodzicie rozwiedli się jak zacząłem chodzić. Skończyłem szkołę, bez żadnego dyplomu, nie robię nic i jestem na utrzymaniu mamy. - usiadł.
-Uuuu. Bardzo ambitnie Will.
-I jestem gejem. - dorzucił.
-Oh. W sumie co to za różnica. - wzruszyłam ramionami. - Kocha się tak samo.
-Ta literka na naszyjniku to od chłopaka? - zapalił papierosa.
-To nie zdrowe. - upomniałam go. - A to 'J' jest od Jadena, mojego braciszka.
-Też tu przyjedzie z twoją siostrą bliźniaczką?
-On nie żyję. - spuściłam wzrok. Przed oczami miałam sytuację kiedy mi powiedzieli o jego śmierci.
-Przepraszam, ja nie wiedziałem. - powiedział nerwowo, widać było że jest zakłopotany.
-Nie nic się nie stało. - wstałam. - Ja już pójdę do siebie, chciałam jeszcze trochę się porozciągać. - wymusiłam uśmiech i wzięłam butelkę wody.
-A no tak. Balet. - burknął. - Jakby coś mój pokój jest w samym końcu korytarza.
Tak jak uprzedziłam, przebrałam się i zaczęłam się rozciągać, było już okej, więc ubrałam baletki i zaczęłam wykonywać najprostsze piruety. Na moment przystanęłam, noga zaczęła boleć, brałam głębokie oddechy. Kiedy sięgnęłam po wodę, która stała na parapecie spojrzałam przez okno. Tak jak wcześniej mówiłam, centralnie na przestrzał miałam balkon z domu naprzeciwko. Ktoś tam stał, na początku nie mogłam się zorientować kto to, lecz potem mój mózg mnie zaskoczył i doszłam to tego. Patrzył się na mnie, perfidnie i bezczelnie. No sparaliżowało mnie. Zaczęłam nabierać wątpliwości, że to mógł być ON. W każdym razie postanowiłam się upewnić. 
Wyszłam od siebie, usłyszałam, że ktoś tłucze się w przedpokoju i tam poszłam. William stał w jednym bucie i najwyraźniej szukał drugiego.
-Co ty tu..? E, nie ważne. Chciałam się o coś zapytać.
-Yhym. - mruknął.
-Nie wiesz kto się wprowadził naprzeciwko? 
-No jasne, że wiem. A ty nie? Przecież poznałaś dziś Louisa. To ten znany zespół One Direction.
-AAAAAAAA. - pisnęłam. - Serio?! O mój Boże. - byłam w szoku.
Dopiero wtedy zaczęłam łączyć wszystko w całość. Na początku poznałam Perrie, to Zayn musiał ją wtedy zawołać. A potem Louisa. Nawet go nie poznałam. Jaka ja była głupia.
-Nie są najgorsi. - zaczął poruszać brwiami. 
-Przestań.- uderzyłam go. - To teraz będziemy ze sobą konkurować? - zaśmiałam się.
-Nie dorastasz mi do pięt Scarlett. - prychnął.
-A tak serio to nie spodziewałabym się kogoś tak wielkiego na tym samym osiedlu co ja...
-To osiedle jest najbardziej chronionym obiektem w Londynie. To normalne. Twój tata jest policjantem a moja mama adwokatem. Dbają o nasze bezpieczeństwo, a oni o swoje. - wzruszył ramionami.
-Dla ciebie to nic dziwnego, że mieszkasz na tej samej ulicy z tak sławnym zespołem?
-Przecież to też są ludzie. Chociaż wyróżniają się wyglądem. - uśmiechnął się.
-Dobra idę sobie, zanim nasza rozmowa już na prawdę zejdzie na dalszy plan. - zaśmiałam się.
Nie jestem ich największą fanką, która oddałaby za nich życie, ale na prawdę ich lubię, podoba mi się ich muzyka, cała twórczość.
Mimo mojej euforii postanowiłam, że będę udawać, że nie wiem kim są. Nie chcę żeby potraktowali mnie jak fankę, zrobili zdjęcie, podpisali kartkę i zapomnieli, chcę być dla nich kimś więcej. Ach, zawsze warto marzyć...

Z samego rana obudził mnie tata, nie chciałam wstawać, ale zaszantażował mnie, że nie powie mi o jego niespodziance. 
Pogoda była słaba, zachmurzone niebo i co jakiś czas popadywał deszcz, więc ubrałam jasne rurki i czarny sweter na guziki. Kiedy wróciłam z łazienki na łóżku leżała kartka;
"Dostałem wezwanie, nie gniewaj się Vivi, taka już jest moja praca. William zawiezie cię do terapeuty na trzynastą, a potem weźmie cię na zakupy. Nie zapomnij przygotować się na jutro do szkoły. Możliwe, że Melody dziś będzie. Bądź dla niej miła.
                                              Tata"
Wiedziałam, że tak będzie... W sumie mogę się już zacząć przyzwyczajać do tego, że taty nie będzie. Taka praca...
I znowu będę musiała rozmawiać o moim życiu... To już robiło się nudne, każdemu z kolei trzeba było wszystko tłumaczyć, a nie ma czego. Umarł z mojej winy i tyle ich powinno obchodzić, już moje sumienie i miłość do brata zadbały o to, żebym nienawidziła siebie do końca życia, na co mi ludzie do tego?

Czułam się nieswojo siedząc w korytarzu i czekając na swoją kolej, jakoś dziwnie przebywać ze świrami i być traktowanym jak oni. Oczywiście nic do nich nie mam, to nie ich wina, że urodzili się chorzy, ale ja nie jestem chora i to jest jedna wielka pomyłka.
Kiedy wyczytano moje imię i nazwisko wstałam i weszłam do gabinetu. Wszędzie wisiały jakiej dyplomy. Prócz książek i biurka za którym siedział ten facet znajdowała się jeszcze leżanka no i krzesło, na którym chyba powinnam usiąść.
-Usiądź. - odezwał się.
HA! Wyprzedziłam jego zamiary, czyli pójdzie jak z płatka.
-Nie dziękuję, postoję, nie mam zamiaru długo tu zostać.
-Ależ wręcz przeciwnie będziesz tu chodziła dwa razy w tygodniu po dwie godziny.
Był koło czterdziestki, miał lekki zarost i wełniany sweter w renifery, nie żeby było już prawie lato.
-Masz zaburzenia odżywiania, wymiotujesz? - przeglądał jakieś papiery, widocznie moje.
-Co? Nie. Oszalał pan?
-Poza tym widać po tobie. Nie długo będziesz przezroczysta.
-Wypraszam sobie. - obruszyłam się. - Coś jeszcze? Bo chciałabym już pójść.
Na ogół jestem dość uprzejmym i spokojnym człowiekiem, ale takich społeczniaków nienawidzę. 
-Wywalili cię z czterech szkół. - westchnął. - No i śmierć brata.
Aż mną wzdrygnęło, chciałam wracać. Nie czułam się przy nim bezpieczna, to wszystko szło w złym kierunku.
-Źle się czuję, mogę iść? - wzięłam głębokie wdechy.
-Spokojnie. Usiądź porozmawiamy.
Czyli nie dojdziemy do porozumienia.
Bo chwilowym przemyśleniu sytuacji usiadłam. Ta świętego spokoju i dla taty, nie chciałam żeby się na mnie denerwował.
-Twoje problemy zaczęły się od śmierci Jadena. Czemu?
-Bo tak mi się zachciało. - wywróciłam oczami. - A jak pan myśli?
-Przytłoczyła cię ta wiadomość? - uniknął odpowiedzi kolejnym pytaniem, które było idiotyczne.
-Zginął z mojej winy. Jakby się pan czuł na moim miejscu? - podniosłam głos, zapadła cisza, lecz już chciał otworzyć gębę. - Tak właśnie myślałam. Tyle na dzisiaj wystarczy. Do widzenia. - obróciłam się na pięcie, ale chwycił mnie za nadgarstek.
-To są dla ciebie tabletki. - dał mi do ręki pełną fiolkę. - Bierz dwie dziennie.
Schowałam ją do kieszeni i bez słowa wyszłam.
William czekał w samochodzie, szybko wsiadłam i zakomunikowałam mu żeby ruszał.
-Co tak krótko? - odpalił silnik.
-Głupi jest, przeraża mnie. Nie jedź do domu, chcę do Gordona.
-Zostawiłaś telefon, nudziło mi się i wpisałem ci mój numer. Tak na wszelki wypadek. 
-Ciekawe masz zajęcia. Dziś wrócę sama.
-Moja mama będzie niedługo. - westchnął. - Polubicie się, chyba. Sam nie raz nie gadam z nią parę miesięcy. 
-Czyli ma charakterek, to tak jak ja. - uśmiechnęłam się. - Jakoś to pójdzie, w końcu mamy być chyba rodziną.
-Mama jest dość ostra, jak dowiedziała się, że jestem gejem znienawidziła mnie. Babcia ją przekonała, żeby ze mną pogadała. A ogólnie to jest okej. - wzruszył ramionami.
-Teraz to mnie wystraszyłeś. To ja posiedzę u Gordona do powrotu taty. Napisz do mnie jak wróci.
Will zatrzymał się pod budynkiem, pożegnałam się i weszłam do restauracji. Wszędzie pełno ludzi, plątali się pod nogami i huczeli do siebie jak na targu. Po tym jak dopchałam się do kuchni zobaczyłam Gordona z innymi kucharzami, którzy biegali po kuchni jak poparzeni.
-Pomóc? - zapytałam.
-Scarlett spadłaś jak z nieba. - Gordon mnie przytulił.
Może nie jestem jakoś wybitnie uzdolniona, ale rączki mam i poroznosić dania to chyba nie problem.
Po pół godzinie jakoś ogarnęliśmy ogółem, pomyłam jeszcze talerze i mogłam spokojnie usiąść. Wzięłam sobie sałatkę i poszłam do małego ogrodu, który był tylko dla pracowników.
Na schodkach siedział jakiś chłopak, pomyślałam, że to kelner i usiadłam obok. Popatrzył się na mnie i wtedy okazało się, że to Louis. Serce podskoczyło mi do gardła, miałam ochotę pisnąć na cały głos, ale zaraz sobie przypomniałam, że przecież miałam udawać, że nie wiem kim są.
-Hej. - uśmiechnął się.- Znowu się widzimy.
-Cześć. - odwzajemniłam uśmiech. - Co tu robisz?
-Znam się z właścicielami. - przeżuwał coś i ledwo go zrozumiałam. - Mógłbym w zasadzie się zapytać o to samo. Pracujesz tu?
-W zasadzie mój tata jest właścicielem, a Gordon to jego przyjaciel. - nabiłam ogórem na widelec.
-Wyjaśniłaś sobie z chłopakiem?
-To nie mój chłopak, jest gejem. I chyba będzie moim bratem. A ty z kim tu mieszkasz? - udawałam głupa.
-Z przyjaciółmi. - unikał mojego wzroku.
-Widziałam jak jakaś dziewczyna tam wchodziła, Perrie. Ma cudowny głos, śpiewałam z nią.
-To o tobie opowiadała. - pokiwał głową. - Ponoć masz świetną barwę.
-Serio tak powiedziała? - wow, Perrie z Little Mix powiedziała, że mam świetną barwę! No myślałam, że nie wysiedzę.
I w tym momencie dostałam smsa od Williama, że tata już wrócił.
-Muszę się zbierać. Idę poznać dziewczynę taty. - wstałam.
-Ja też już idę. Odprowadzę cię. - uśmiechnął się.
Na prawdę jest słodki, przepuścił mnie w drzwiach, nie wywyższa się, traktuję mnie jak równą sobie.
Kiedy już byliśmy pod naszymi domami miałam już wchodzić do siebie, ale mnie zatrzymał.
-Mam nadzieje, że kiedyś razem zaśpiewamy, a skoro mieszkamy koło siebie to chyba nie będzie problemu.
-Jasne. Chcę cię usłyszeć... - jeszcze miałam coś powiedzieć, ale zapomniałam...
Z domu wyszedł Harry, wtedy to już wiedziałam, że jeszcze chwilka a zemdleję, to właśnie on podoba mi się najbardziej. To on musiał patrzyć się na mnie jak tańczę, czyli to on ma pokój naprzeciwko mnie.
-Cześć. - bardziej zadał pytanie, niż się przywitał.
-Harry to Scarlett, Scarlett do Harry. - Louis nas sobie przedstawił.
'Wymieniliśmy' się uśmiechami. Stałam patrząc się na niego jak idiotka, aż opamiętałam się, że ja przecież nie wiem kim są.
-Do zobaczenia. I trzymam cię za słowo. - powiedziałam i poszłam.


HELLOOOOOOO!
tak więc trzeci rozdział za nami :) tak wiem, nie ma jeszcze nic takiego co chwyciło by za serce, no ale... takie początki już piszę i nic na to nie poradzę. już w czwartym będzie więcej.  jeśli są jakieś pytania to śmiało, ja nie gryze :p 
xoxo  


 

6 komentarzy:

  1. ZAjebiaszcze xD
    Mam pytanko.
    Czy w opowiadaniu będzie tylko Perrie czy El i Dan też?
    Czekam na next <3

    OdpowiedzUsuń
  2. fajny rozdział. w końcu sie dogadałaś z Willem :D woo. haha. Czekam :3

    + Zayn mnie zabił x.x hahaahha

    OdpowiedzUsuń
  3. aaaa fajnie, fajnie, fajnie:)) już myślałam, że będzie jakiś buzika z Lou, a tu Harry wyłazi:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Z góry przepraszam za spam, ale nie zauważyłam specjalnej zakładki przenzaczonej na to..

    Nowy Jork. Miasto położone na wybrzeżu Atlantyku w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, w którym ludność przekracza aż osiem milionów. Nazywany jest kulturalną stolicą świata, bądź miastem, które nigdy nie śpi. To właśnie tam biznesmeni, artyści, modelki i modele, projektanci, naukowcy, studenci, kucharze, sportowcy oraz tancerze wyjeżdżają, by spełniać swoje marzenia. Statua Wolności, Times Square, Central Park, Metropolitan Museum of Art to kilka z najczęściej zwiedzanych miejsc przez turystów. Maggie-nastoletnia dziewczyna od najmłodszych lat zamieszkująca Nowy Jork zna większość tutejszych miejsc, aż za dobrze. Jednak jej życie wcale nie jest tak idealne jak miasto, w którym mieszka. Jako niemowlę została podrzucona pod drzwi domu dziecka prawdopodobnie przez swoją matkę. Na kocyku, w który była owinięta widniał napis: "Maggie Horan, 28thFeb'95". Przez całe życie dorastała z myślą, że była niechciana przez biologicznych rodziców, których nawet nigdy nie poznała. Kilkakrotnie próbowała ich odnaleźć lub cokolwiek się o nich dowiedzieć, ale bez skutecznie. Jej rodziną od zawsze byli pracownicy i rówieśnicy z domu dziecka, w którym się wychowała. Meg jest dziewczyną skrytą i nieufną. Mimo pozorów jakie stwarza jej wygląd potrafi być chamska i szczera do bólu. Kiedy jej się coś nie podoba po prostu mówi o tym wprost. Prawdopodobnie te cechy sprawiły, że nie miała przyjaciół tylko koleżanki i kolegów. Nigdy nie zaznała też miłości. Fakt, podobało jej się kilku chłopaków, ale nie darzyła żadnego większym uczuciem niż zwyczajne lubienie. Jej wychowawczyni twierdzi, że jest to spowodowane brakiem bliskości z rodzicami.
    Obecnie Maggie ma osiemnaście lat, mieszka we własnym mieszkaniu na Manhattanie i prowadzi samodzielne życie. Jej pasją od najmłodszych lat jest taniec i właśnie jej głównym źródłem dochodu jest praca z dziećmi, dla których wymyśla przeróżne choreografie. Dziewczyna marzy o tym, by dostać się na Broadway Dance Center i w tym roku wybiera się na casting. Nie wie jeszcze, że to wydarzenie przewróci jej życie do góry nogami..
    Co będzie powodem tej zmiany ? Czy uda jej się dostać do wymarzonej szkoły ? Czy odnajdzie swoją rodzinę ? Czy wreszcie pozna przyjaciół, którym zaufa i którzy zaakceptują ją taką jaka jest ? A może po raz pierwszy zasmakuje uczucia jakim jest miłość ? O tym przekonacie się czytając losy zwykłej nastolatki borykającej się z różnymi problemami.

    Serdecznie zapraszam na www.sick-truth.blogspot.com gdzie pojawił się prolog ! Pozdrawiam eM's ♥

    OdpowiedzUsuń