Nie jadałam takich rzeczy, ogólnie we Włoszech zawsze z siostrą byłyśmy na takiej jakby diecie.
-Dziękuję, ale nie jestem głodna. - uśmiechnęłam się przepraszająco.
-Przepraszam, że nic nie zrobiłem, ale tak jakoś wyszło, ciągle mało czasu. - westchnął.
-Tato, ale nic się nie stało. To super, że się starasz, ale ja nie jestem gwiazdą ani nikim ważnym.
-Od jutra będziesz jeść w restauracji.
-Jak to? Na drugim końcu Londynu?
-Przenieśliśmy restaurację, jest ulicę dalej. Jutro jest otwarcie. Zobaczysz się z Gordonem. Jutro pójdziemy na zakupy, potrzebujesz czegoś na zimniejsze dni i wtedy omówimy wszystko.
-Tato? Bo Gordon mi się wygadał co do jakieś Melody, dowiem się o co chodzi? - stukałam paznokciami o stół.
-Będzie za dwa dni, musiała wyjechać do chorego taty. Jutro dowiesz się wszystkiego, a teraz zmykaj na górę.
-Dobranoc. - pocałowałam go w policzek i poszłam do pokoju.
Ogarnęłam parę rzeczy, a resztę zostawiłam, nie miałam już siły na sprzątanie. Wyszłam jeszcze na chwilkę na balkon żeby się przewietrzyć, jeden minus; balkon wychodził na ulice, na wprost miałam balkon z domu na przeciwko. Ale kto by się przejmował.
Po chwili padłam na łóżko i zasnęłam, lecz nie potrwało to za długo. Obudził mnie głośny huk, wstałam wpółprzytomna i otworzyłam delikatnie drzwi, zobaczyłam słaniającego się na nogach jakiegoś chłopaka, skrzywiłam się po czym wróciłam do łóżka. Pomyślałam, że to sen.
Potem już nie mogłam zasnąć, za dużo wszystkiego na raz, całe moje monotonne życie zmieniło się w dzień.
Kiedy już promienie słońca przedarły się przez chmury i dotarły do pokoju przez brak firanek wstałam.
Ubrałam leginsy, podkoszulkę i bluzę, trampki ubrałam na schodach, po czym po nich zbiegłam i wyszłam.
Pobiegałam czterdzieści minut po czym wróciłam i od razu wzięłam prysznic, zapowiadał się słoneczny dzień więc ubrałam żółtą sukienkę nad kolano z rękawami do łokci. Zeszłam do kuchni gdzie tata już pił kawę.
-Wychodziłaś gdzieś? - nie podniósł wzroku znad gazety.
-Byłam pobiegać. - nalałam sobie soku i usiadłam naprzeciwko. - Czy ktoś mi wyjaśni czemu jakiś chłopak tłukł się w środku nocy po korytarzu?
-Mhm? - zerknął na mnie. - Aaaa. Mówisz o Williamie. To syn Melody, ale to wyjaśnię ci potem. Teraz musimy szybko pogadać, na zakupy pójdziemy innym razem bo muszę iść do pracy.
-Słucham. - zaczęłam kołysać się na krześle.
-Pojutrze pójdziesz do szkoły, tak żeby rozeznać się jeszcze w tym roku szkolnym, żebyś od września mogła iść normalnie. Następną sprawą są leki, od dziś ich nie będziesz brała, prócz magnezu. Już umówiłem cię z nowym terapeutą.
-Co? Jak nowy? Myślałam, że nie będę musiała... - trochę się wkurzyłam.
-Potrzeba ci rozmowy, mnie często nie ma. Jeśli wszystko będzie okej to odpuścimy, to na prawdę dobry terapeuta.
-Czyli ty też uważasz, że masz chorą córkę? To ty może też odeślij mnie dalej jak mama. - wstałam.
-Vivi. - chwycił mnie za rękę. - Robię to dla twojego dobra. Poza tym nie masz żadnych obowiązków, chcę żebyś była szczęśliwa.
-Jak uważasz. - wyrwałam się. - Idę się rozpakować.
Gdy szłam po schodach minęłam się z tym chłopakiem, miał czapkę więc za bardzo twarzy i włosów nie widziałam, ubrany był w dres. Jakoś przemknął i nie zdążyłam powiedzieć słowa. Pff, co ja się będę starać.
Jakoś nie pałałam entuzjazmem to sprzątania moich rzeczy, ale odkładanie tego nie później też nie było dobrym rozwiązaniem.
Wszystko poukładałam idealnie, choć wiedziałam, że za jakieś trzy dni wszystko będzie w totalnym chaosie.
Usiadłam przy fortepianie i zaczęłam grać, z nudów i potrzeby zrozumienia bo tylko wtedy czułam się doceniona, cały świat znikał, dopóki jakiś kretyn nie zaczął walić po drzwiach. Nie kto inny jak niejaki William.
-Twój tata powiedział, że koło szóstej mam zabrać cię do tej restauracji więc nigdzie się nie szwendaj, nie jestem twoją niańką i nie będę cię szukał. - po czym odwrócił się na pięcie i poszedł w głąb korytarza.
Stałam wryta jeszcze parę minut. Za kogo on się uważał? Poza tym nie mam sześciu lat. Już wiedziałam, że z nim będą kłopoty.
I wtedy zadzwoniła Mari.
-No cześć siostra, jak ci tam? - zapytała na wstępie.
-Jeszcze nic szczególnego, poza tym, że jeszcze będę chodzić do szkoły, dostałam nowego terapeutę, dziewczyna taty przyjedzie za parę dni, a jej syn działa mi na nerwy. To chyba tyle. - powiedziałam na jednym oddechu.
-A to super. - powiedziała, jakby w ogóle mnie nie słuchała. - A nie zgadniesz co się u mnie wydarzyło.
-Wybacz, ale teleportacji jeszcze nie potrafię.
-Nie śmieszne Scarlett. Ty już przestań i posłuchaj. Dzisiaj byłam na stołówce i przepisywałam notatki z chemii to Pascal to mnie podszedł! - pisnęła.
-Łuł, super. - powiedziałam bez entuzjazmu. - Pascal? Co to w ogóle za imię? Samo to jak się nazywa skreśla go na samym początku. - zaśmiałam się.
-To cudownie siostro ty moja kochana, że cieszysz się moim szczęściem.
-Ależ proszę. A jak mama?
-No właśnie mnie woła, muszę z nią iść posprzątać grób Jadena. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Kocham cię.
-Ja ciebie też. - rozłączyłam się i rzuciłam telefon na łóżko. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić a do szóstej były cztery godziny, wzięłam gitarę, ubrałam trampki i wyszłam przed dom. Tak jak rozkazał nie mogłam wychodzić za daleko więc usiadłam sobie na schodkach i zaczęłam grać. Zawsze się wstydziłam grać albo śpiewać publicznie, ale nikogo w okolicy nie było, zwłaszcza, że mieszkają tu ludzie, którzy rzadko bywają w domu.
Przekładałam palcami aby tworzyły znane mi chwyty, prawą ręką sunęłam po strunach i wyszedł dźwięk piosenki. Dołączyłam śpiew. The A Team, tak to była piosenka, którą uwielbiam grać. Przy drugiej zwrotce usłyszałam, że ktoś się do mnie dołączył. Mocny głos dziewczyny, byłam tak pochłonięta, że nawet nie popatrzyłam kto to, dopiero gdy skończyłam podniosłam wzrok. Cztery metry ode mnie stała szczupła blondynka, dość wysoka, urocza i sympatycznie wyglądająca.
-To było cudowne. - powiedziała.
-Dziękuję. - zaczerwieniłam się. - Gdyby nie ty nie wyszłoby.
-PERRIE! - krzyknął jakiś chłopak z domu naprzeciwko.
Ta tylko uśmiechnęła się, pomachała na pożegnanie i poszła.
Dopiero zaczęłam analizować co się przed chwilą stało. Dość dziwna sytuacja, najzwyczajniej w świecie sobie grałam i śpiewałam, aż tu dołączyła się obca dziewczyna. No we Włoszech mi się nic takiego nie przydarzyło. A głos miała nieziemski.
Pograłam jeszcze trochę, ale usłyszałam otwierające się drzwi, odwróciłam się i William tam stał. Już wyglądał trochę bardziej jak człowiek. Włosy miał wygolone po bokach, a grzywka spoczywała swobodnie na czole, ubrał ciemne rurki i sweter.
-Ruszaj się. - pogonił mnie.
-A..? - zaczęłam.
-Nikt ci jej tutaj nie ukradnie. - wziął gitarę i położył na leżaku.
Wstałam i poszłam za nim.
Zachowywał się arogancko, działam mi na nerwy. A co najgorsze muszę z nim mieszkać.
Szliśmy pięć minut, na szczęście. Nie wytrzymałabym nawet ciszy z tym człowiekiem, uważał się za nie wiadomo kogo.
-Będę za godzinę, wtedy zamykają. - westchnął i poszedł sobie.
Tak zwyczajnie, zostawił mnie.
Przede mną stał spory budynek, elegancki w beżowym kolorze. Weszłam do środka, wszystko ślicznie udekorowane, wszędzie świeże kwiaty i zapachowe świeczki.
Minęłam panią, która rozsyłała klientów do danych stolików, ogólnie za dużo osób nie było. Nie wiedziałam gdzie mam pójść, w końcu trafiłam do sali gdzie znajdował się bar i wejście do kuchni.
Głośno odchrząknęłam, po chwili przyszedł Gordon i mocno mnie uściskał.
-Jak miło cię widzieć mała. - siadał, zaraz coś przyszykuję i opowiesz mi wszystko. - i zniknął.
Usiadłam na wysokim krześle przy barze, na sali znajdowała się jeszcze tylko jedna osoba, więc nie musiałam zachowywać się cicho czy coś w tym stylu.
Po paru minutach Gordon przyniósł talerz z jedzeniem.
Wyglądało dość zachęcająco, ale nie wiedziałam co to, więc spróbowałam.
-Nie wiem co to jest, ale naprawdę smakuję perfekcyjnie. - uśmiechnęłam się.
-Imię zobowiązuję. - poruszył brwiami.
Gordon ma trzydzieści osiem lat, ma lekką nadwagę i śmieszne żółtawe włosy.
-Czemu tak mało ludzi? - bawiłam się widelcem.
-Dzisiaj jest takie nieoficjalne otwarcie, wiedzą tylko ludzie, którzy przechodzili obok, albo znajomi.
Opowiedziałam wszystko co zdarzyło się przez ostatni rok, namawiał mnie na powrót to baletu, ale jestem za uparta, oczywiście zdążył skarcić mnie za moje bójki i pochwalić za oceny. A czas mijał nie ubłagalnie, postanowiłam wrócić sama. Osoba, która siedziała w rogu sali też wychodziła, w sumie szliśmy prawię krok w krok. Weszliśmy na nasze osiedle.
Dość szczupły i wysoki, brązowe włosy wystawały mu spod czapki. Co tu wszyscy mają z tymi czapkami?
-Ty się tu wprowadziłeś? - zapytałam, a on odwrócił się i popatrzył na mnie jakbym zabiła jego kota.
-Ach, no, tak. - mruknął.
-Ja też. - wymusiłam uśmiech.
CZEMU JA MAM TALENT BO UPOKARZANIA SIEBIE?! Nie wiem po co zagadałam do niego, tak jakoś. To po tym daniu od Gordona.
-Louis. - wystawił do mnie rękę.
-Scarlett. - uśmiechnęłam się.
William Goot
lat 19
CZEEEŚĆ! ♥
no ten też jest taki dłuższy. i dodałam Williama bo wcześniej zapomniałam. jejuu. tak dziękuję za komenatrze że aż baaardzo ♥. i życzę szczęśliwych walentynek! ♥
xoxo


rozdział wpsaniały<3 poznała Lou i Perrie zapowiada się baaardzo ciekawie!
OdpowiedzUsuńpodoba mi się. czekam x
OdpowiedzUsuń>Świetny :p
OdpowiedzUsuń