środa, 13 marca 2013

ROZDZIAŁ 7

Do South Shields jechaliśmy koło pięciu godzin, tyle musiałam wytrzymać w samochodzie z tatą i Melody, którzy co chwile sobie słodzili, aż szło zwymiotować. Na szczęście jakoś to przeżyłam.
Dziadkowie miło nas przywitali, oczywiście nie obyło się bez zachwycania się jak wyrosłam i jaka jestem śliczna - szkoda, że tylko dla dziadków.
Usiedliśmy przy stole i babcia podała obiad, z niewinnego tematu mojego przyszłego męża zaczął się temat taty i Melody.
-To co synu? Kiedy ślub? - zapytał dziadek.
-Jeszcze w te wakacje. - tata chwycił Melody za rękę pod stołem.
Jak dobrze, że tylko my umieliśmy włoski, dzięki temu mogłam normalnie rozmawiać z nim, bez wtrącania się innych. I tym razem z tego skorzystałam.
-Czemu mi nic nie powiedziałeś?
-Vivi to nic pewnego.
-Jednak już wiecie. - skrzyżowałam ręce.
-Nie rób scen. Chciałem ci powiedzieć, jutro, w twoje urodziny.
-Dziękuję za prezent. - wstałam. - Idę się przewietrzyć. - spojrzałam przepraszająco na dziadków i wyszłam.
Nie jestem rozkapryszona czy rozpieszczona, w życiu nie podporządkowywałam sobie rodziców, mam do nich szacunek. Ufam im i mówię o ważnych sprawach i oczekuję tego samego, ale widocznie nawet tego dostać nie mogę dostać.
Szłam wzdłuż ulicy, nagle zobaczyłam dość znaną mi osobę, dość zaskoczona podeszłam.
-Hej. - uśmiechnęła się Perrie.
-Cześć. - odwzajemniłam uśmiech. - Co ty tu robisz? - usiadłam koło niej na krawężniku.
-To moje rodzinne miasto, właśnie tak od czasu do czasu przyjeżdżam po swoje rzeczy, one się mnożą. - westchnęła. - A ty?
-Tat przywiózł mnie do dziadków, ale jakoś nie chce mi się tam siedzieć. - mruknęłam.
-Za parę minut wracam do Londynu, zabrać cię ze sobą? Miał przyjechać po mnie Zayn, ale nie mają czasu.
-Nie wiem czy tata się zgodzi. - zawahałam się. - Ufa tu tylko swojemu wspólnikowi i całemu One Direction. Napiszę do niego. - wyciągnęłam telefon z kieszeni.
W odpowiedzi na mojego smsa dostałam milion odpowiedzi typu "Oszalałaś?", "Chcesz żeby ci się coś stało?", na końcu chyba zrozumiał, że nawet pojadę bez jego zgody i napisał "Dobrze, ale od razu potem do domu, zadzwonię do Williama, przyniesie obiad z restauracji i będzie na ciebie czekał".
Wsiadłyśmy do samochodu, na samym początku Perrie włączyła głośno muzykę, a potem ruszyłyśmy. Były to dość znane mi piosenki, nie czułam się skrępowana, śpiewałyśmy razem jak najlepsze przyjaciółki.
-Muszę ci koniecznie przedstawić resztę zespołu, mają tyle samo zapału do muzyki co ty. Masz świetny głos, Harry przeżywał pół dnia jak zaśpiewałam "Skyscraper", a to duże wyzwanie, Demi ma trudne piosenki. Na prawdę jest pod wrażeniem, my, w sensie reszta też. Nie myślałaś żeby iść gdzieś ze swoim talentem? - zapytała nie spuszczając wzroku w drogi.
-Zawsze tańczyłam balet i nie miałam czasu nawet na myślenie o śpiewie. 
-No proszę, proszę. Mamy tancerkę. - zaśmiała się. - Ale teraz już nie? - zainteresowała się.
-Miałam poważny uraz nogi i już na dłuższą metę nie potańczę. - wolałam unikać tematu wypadku. - Równo z przyjazdem tutaj zerwałam z tańcem.
-W takim razie, teraz został ci śpiew. Będą tobą zachwycone. A ogólnie to Harry ciągle o tobie opowiada. - zmieniła temat i momentalnie się uśmiechnęła.
-Tylko raz byłam z nim na spacerze. - próbowałam się nie uśmiechnąć. - Tylko tyle.
-Czerwienisz się. - spojrzała na mnie na chwilkę. - To jest miłość. - machnęła i przez przypadek walnęła w klakson.
-Chyba za dużo Louisa. - stwierdziłam i zaśmiałam się.

-Tak jak mówiłem, mimo że dziś są twoje urodziny musisz odbyć karę. - stwierdził tata gdy usiedliśmy do śniadania.
-Odpuść chociaż dziś. - nalegał William.
-Dyscyplina musi być i tak wczoraj nie powinienem się zgadzać na twój powrót z tą dziewczyną. - oburzył się.
-Ma na imię Perrie. - mruknęłam łykając kolejny łyk herbaty.
-A niech jej będzie jak chce. Masz umyć auto.
Że co proszę? Umyć auto? I to miała być ta kara? We Włoszech robiłam to naturalnie raz na dwa tygodnie, bo to był mój obowiązek. Nie narzekałam, bo mogłam dostać posprzątanie całego domu, albo gorzej - restauracji, trwało by to wieki.
-Mogę już iść?
-Nie. - rzucił. - Mama cię tak nauczyła wychodzenia sobie kiedy się zapragnie? Tutaj wstaję się kiedy ostatnia osoba zje.
I wtedy opadłam bezradnie na krzesło. Śniadanie dla mnie nie istniało, pijałam tylko herbaty, a widząc, że William ma zamiar zjeść wszystko co było na stole pomyślałam, że nawet zdążyłabym się przespać.
-I jeszcze pozmywasz. Zmywarka się zepsuła, a dziś niedziela, więc serwis będzie jutro. - burknęła Melody kiedy oni już wychodzili z jadalni.
ŻE CO?! Za kogo ona się uważała? Okej, tata mógł mi nawet gnój kazać sprzątać, ale ona? Przecież to obca kobieta, na dodatek myślałam z początku, że jest w porządku.
-Będzie mi rozkazy wydawać jak w cyrku.- prychnęłam pod nosem.
-Coś mówiłaś? - zapytała.
-Ależ nic. - wywróciłam oczami.
Wyzbierałam wszystkie naczynia i włożyłam je do zlewu.Kto widział nabrudzić tylko naczyń w trzy osoby? Jeszcze na dodatek tylko na śniadaniu. Zmywanie zajęło mi prawie pół godziny, specjalnie się wlokłam. Moje ręce były pomarszczone jak twarz starej babci.
Jak wróciłam do pokoju, od razu rzuciłam się na łóżko, mało spałam w nocy, chciałam to 'odrobić', ale to nie było mi dane. Zadzwoniła Mari.
-Halo. - odebrałam.
-Wszystkiego Najlepszego słońce! Masz już siedemnaście lat!
-E no popatrz, ty też. - zaśmiałam się. - Spełnienia marzeń.
-Mama miała do ciebie zadzwonić, ale coś się stało z babcią i wzięła ją do lekarza, podobno nic poważnego.
-Ja byłam wczoraj u dziadków, ale nie skończyło się to jak powinno, ale to wszystko opowiem ci jak przyjedziesz. - uśmiech pojawił mi się na twarzy gdy tylko o tym pomyślałam. - Wczoraj jak wrócili to ja jeszcze siedziałam z Perrie, pod wieczór kiedy już przyszłam to usłyszałam, że rozmawiają o Jadenie. - zaczęłam nerwowo patrzyć po pokoju, żeby zająć czymś moje oczy, żeby znowu nie płakać...
-Scarlett, dość. Dobrze wiesz, ze to nie twoja wina. A ten terapeuta, rozmawiał z tobą o tym?
-Nie pamiętam. Yyy... - zaczęłam się gubić we własnych myślach. - Znaczy jeszcze nie, ale chyba na następnym spotkaniu poruszy tę kwestię.
-Wszystko w porządku? - zapytała zmartwiona.
-Tak. Po prostu ta dziewczyna taty mnie wkurzyła, zaraz muszę iść umyć auto, bo przykleiłam gumę do włosów dziewczyny Harrego Stylesa.
-Że co? Jak? Komu? Nic nie rozumiem. - plotła zagubiona.
-Długo historia. - mruknęłam.
-Scarlett nawet nie waż się teraz rozłączać!
-Kończę.
-Scarlett Vivienne Kourtney Bennett przywołuję cię do porządku.
-Kocham cię. Do usłyszenia. - rozłączyłam się i położyłam telefon na szafce nocnej.
Zasnęłam tylko na chwilkę, zaledwie pięć minut. Nagle kto wparował do mojego pokoju i narobił huku za stado bizonów.
-William, ty chyba oszalałeś. - strzelałam na ślepo. - Idź sobie. - Położyłam na twarz poduszkę.
Poczułam jak materac ugina się pod jego ciężarem.
-Błagam, daj mi spać. Jeszcze dzisiaj muszę umyć to głupie auto. - burknęłam.
Poczułam że zaczyna bawić się moimi włosami.
-Odbiło ci?! - podniosłam się i zobaczyłam Louisa. - Jak ty się tu dostałeś?! - krzyknęłam. - I czemu leżysz w moim łóżku?!
-Spokojnie Bennett bo zawału dostaniesz i to jeszcze w swoje urodziny. - położył się na brzuchu.
-Wyjaśnisz mi co ty tu robisz? - usiadłam po turecku.
-Dowiedziałem się, że masz urodziny i postanowiłem przyjść cię odwiedzić
-William? - zapytałam.
-No tak. - przyznał. - Słyszałem też, że masz trochę zamieszania z Vanessą.
-Bardziej z Melody. Mam wrażenie, że chciała zrobić takie pierwsze dobre wrażenie, a dzisiaj już posłała mnie do garów, jakbym była jej psem, a tata nawet nie zareagował.
-Zasłużyłaś na karę, zdecydowanie. - wykrzywił się.
-Dzięki, wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. - uderzyłam go poduszką.
-Słyszałem, że dobrze dogadujesz się z Perrie. - uśmiechnął się.
-Czy wy spotykacie się codziennie na jakieś naradzie i omawiacie wszystko co się w waszych życiach dzieje wspólnie? To jest dość dziwne. Powiem coś tobie, a zaraz wiedzą wszyscy. To jest przecież chore. - popukałam się w czoło.
-Przesadzasz, po prostu często ze sobą rozmawiamy. A ty od paru dni jestem częstym tematem naszych rozmów i to wszystko.
-Nazywaj to sobie jak chcesz. - prychnęłam.
-Tak jest pani kapitan. - przytaknął. - I tak wiem, że kochasz Harrego. - zaśmiał się.
-A ty zaś swoje. - położyłam się obok niego.
-Zagrasz coś dla mnie? Zaśpiewajmy razem. Proszę.
-Znasz "U smile" Justina Biebera? - zapytałam wstając z łóżka i siadając przy fortepianie.
-Jasne. - przysiadł się.
Po chwili już grałam, zaczęłam śpiewać, a on się dołączył. To był... zaszczyt z nim zaśpiewać. Dla mnie to ogromnie wyróżnienie, coś niesamowitego.

Louis poszedł po południu, a ja musiałam w końcu umyć ten samochód.
Zrobiło się troszkę chłodniej więc ubrałam długie spodnie i bluzę z kapturem, który założyłam od razu na głowę. Przy drzwiach wyjściowych czekała Melody z wiadrem ciepłej wody i płynu oraz gąbką. 
-Oh, dziękuję. - wykrzywiłam usta w sztuczny uśmiech.
Wzięłam od niej rzeczy i wyszłam. Na wpół ulicy i wpół chodnika stał zaparkowany czerwony hammer. Na widok dość sporego auta westchnęłam głośno i zaczęłam to czyścić, nawet szło mi to całkiem sprawnie, powoli kończyłam, kiedy z domu naprzeciwko wyszedł Harry z czarnym workiem.
Nagle się rozpadało, myślałam, że szlag mnie trafi. Rzuciłam gąbką i kopnęłam wiadro, z którego wylała się woda.
-Wyluzuj się w końcu Scarlett. - powiedział Harry, który wciąż sterczał bez celu, chyba lubił patrzyć jak się męczę.
-Luzować i marzyć to ja mogłam jak miałam osiem lat i nie wiedziałam jak życie potrafi kopnąć w tyłek. A teraz... - zabrakło mi tchu.
Byłam zła i cała mokra, wszystko się we mnie kumulowało...
-Właśnie. - przerwał ciszę. - A teraz co? Musisz mieć strasznie życie. - prychnął.
I cała ładna magia prysła.
Wściekłam się, nie miał prawa mnie osądzać, nie znał mnie.
-Tak się składa, że cztery lata temu w wypadu, przeze mnie zginął mój brat, potem rozwiedli się rodzice, traktowano mnie jak wariatkę i wyrzucano ze szkół średnio dwa razy na pół roku. - rozpłakałam się, a łzy wymieszały się kroplami deszczu, które również spływały po mojej twarzy.
Czemu mu to powiedziałam? Nie wiem, chyba potrzebowałam w końcu z siebie to wyrzucić, jeszcze te ostatnie wydarzenia nabierały siłę we mnie, jeśli ktoś tylko lekko mnie zdenerwował, on na pewno nie chciał mnie tak wkurzyć...
-Scarlett wracaj do domu! - zawołał tata przez okno.
-Ja nie... Scar... - nie wiedział co powiedzieć.
-Oszczędź sobie, przecież co ja mogę wiedzieć o życiu. - odwróciłam się na pięcie i poszłam do domu.           




No witam :)
na wstępie chciał Wam podziękować na wszystkie życzenia x. a co do rozdziału... miał wyglądać trochę inaczej. w mojej wyobraźni jakoś było lepiej ;p. proszę o następne komentarze :)
xoxo
      

piątek, 8 marca 2013

ROZDZIAŁ 6

-Tak więc możemy zaczynać. - dyrektor potarł ręce. - Usiądź Scarlett.
Wykonałam szybko jego polecenie, kiedy spojrzałam na Vanessę miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, miała nauczkę. Ale to nie było dobre miejsce i czas.
-A więc co się stało? - spojrzał najpierw na mnie, a potem na nią.
Zaczęłyśmy paplać w tym samym czasie, robił się coraz większy grajdoł, jeszcze chwilka, a musieliby nas tam rozdzielać.
-Spokój! - krzyknął. - Vanesso, mów pierwsza.
Oburzona ponownie opadłam na krzesło, a ona uśmiechnęła się tryumfalnie.
-A więc to tak. - założyła nogę na nogę. - Ja w ogóle jej nie znam, przylepiła się, chciała się ze mną zaprzyjaźnić, ale ja ja zlałam no i się zemściła. - prychnęła.
-Że co?! - krzyknęłam. - To wszystko to są kłamstwa!
-Spokojnie. Teraz twoja kolej. - przyznał mi głos.
-To ona zaczęła się mnie czepiać, kompletnie bez powodu. Zaczęła popychać mnie, krzywo się patrzyć. No to nie pozwolę sobie włazić na głowę. - wytłumaczyłam.
-Panie dyrektorze. - zaprotestowała brunetka.
-Przestań kłamać! - krzyknęłam.
-Widzi pan? To jej wina. Nawet teraz nie umie się zachować.
-Możesz już iść Vanesso. - skinął głową, a ona wyszła. - Scarlett dopiero zaczynasz, na dodatek jesteś tu gościem. Powinnaś się zastanowić nad swoim zachowaniem. Będę musiał zadzwonić do twojego taty.
-Błagam nie, tylko nie do taty. - jęknęłam.
Już byłam trupem. "No to po mnie" - pomyślałam.
-Możesz już iść. - machnął ręką, a drugą już wykręcał numer.
-Do widzenia. - powiedziałam wściekle, a wychodząc trzasnęłam drzwiami.
Wiedziałam, że mi się dostanie. Miałam być tu grzeczna i nie sprawiać problemów, to było warunkiem.
Z każdym krokiem robiło mi siec oraz bardziej niedobrze. Kiedy wyszłam ze szkoły z miejsca założyłam okulary przeciwsłoneczne i ruszyłam przez parking, na drugim końcu placu zauważyłam biegnącą Vanessę, może nie znałam jej za długo, ale takie flądry wyczuwa się od razu.
To co zobaczyłam było dla mnie szokiem, prawie zakrztusiłam się własną śliną, błagałam żeby to był sen.
Rzuciła się Harremu na szyję, tak, Harremu Stylesowi. Momentalnie odwróciłam się i postanowiłam trochę ich okrążyć.
W drodze do domu, kiedy jechałam taksówką, bo oczywiście sama był zgubiła sie po trzech krokach, doszłam do tego, że przez mój spacer z Harrym, Vanessa mogła być zła, ale żeby od razu aż tak?
Ale miałam to gdzieś, chociaż coś we mnie drgnęło, lecz wszystko przyćmiły moje nerwy, związane z tym, że tata już się pewnie dowiedział.
W domu nie było nikogo, siedziałam na balkonie czekając na tatę, dlatego tam, że mogłam zobaczyć kiedy szedł i się przygotować.
Kiedy zadzwonił telefon, aż podskoczyłam.
-Halo. - odezwałam się z pretensjami.
-Nie w porę? - zapytała Mari.
-Tak troszeczkę. - mój ton złagodniał. - Przepraszam, małe problemy.
-Coś poważnego? Twoje urodziny za trzy dni! - pisnęła. - Byłam na randce z Pascalem, ciocia Rita wyrzuciła Emilia z domu, a mama była wczoraj na randce. - plotła tak szybko, że ledwo nadążałam.
-Muszę kończyć. - szybko się rozłączyłam, po tym jak zobaczyłam nadjeżdżający samochód taty. 
Na dźwięk zamykanych się drzwi od garażu do domu, podniosłam się i zeszłam na dół.
-Tato... - powiedziałam cicho wchodząc do kuchni.
-Młoda panno. - tata zawsze mówił takich uroczystym sposobem, żeby pokazać powagę sytucji. - Co to ma znaczyć? W trakcie pracy pan dyrektor dzwoni i mówi, że wrzuciłaś jakiejś dziewczynie gumę we włosy.
-Ale... - zaczęłam.
-Nie przerywaj mi! - krzyknął. - Obiecałaś, że tu będzie inaczej. Ja wiem, że śmierć Jadena i rozwód, to nie było łatwe... Ale czemu to robisz?
Zadał pytanie, ale oczywiste było, że mam mu nie przeszkadzać.
-Chcesz wrócić do Włoch? Źle ci tu? - złagodniał. - Może moja praca zajmuję dużo czasu, ale się staram. Nie chcę cie znowu się rozdzielać. - umilkł.
Zauważyłam w jego oczach... łzy. W sekundzie zaczęłam płakać. Zaczęło się od głupiej gumy do żucia, a skończyło na naszym płaczu.
-Daj mi chociaż wytłumaczyć. - poprosiłam.
-Jutro jedziemy do moich rodziców, więc w niedziele dostaniesz karę, a konkretnie jeszcze pomyślę. A co do twoich wyjaśnień. - wrócił twardy i poważny tata. - Wystarczy mi co dyrektor powiedział.
-W takim razie jutro pojedź do dziadków z panem dyrektorem. - syknęłam.
Ubrałam trampki, jeansową kurtkę i wyszłam z domu.
Za daleko i tak bym nie poszła, sama nie wiedziałabym gdzie. 
Restauracja.
Kiedy wpadłam w takim humorze, Gordon nawet nie pytał. Dał mi coś do jedzenia i powiedział, żebym poszła na zaplecze. Louis już tam siedział, podniósł wzrok kiedy weszłam.
-Coś się stało? - zapytał.
-Czemu tak uważasz?
-Masz czerwone oczy. - stwierdził.
-Ale chłodno. - wzięłam koc z ławki, owinęłam się nim i usiadłam przy stole. - Jeszcze rano świeciło słońce. - wymusiłam uśmiech.
-Jak chcesz. - mruknął. - Słyszałem co zrobiłaś Vanessie.
-Widzę, że wieści szybko się rozchodzą. - nabiłam ziemniak na widelec i zaczęłam się nim bawić.
-Jakoś mi się nie chce wierzyć, że to wszystko twoja wina. - przyznał. - Z nią jest coś nie tak.
-Bingo. Zuch chłopak. - poklepałam go po ramieniu. - Nie wiedziałam, że Harry ma kogoś. Gazety o niczym nie pisały.
-Bo są razem od półtora tygodnia i spotkali się parę razy. Podobno nieźle była wkurzona jak dowiedziała się o waszym spacerze.
-To niech go sobie uwiąże na smyczy i wszędzie ze sobą zabiera. - prychnęłam. - Idiotka.
-Oh, Scarlett, cóż to za ostre słowa z twych ust wyszły?
-Przestań. - zaśmiałam się.
-Udało mi się. - wrzasnął tryumfalnie. - Uśmiechnęłaś się. - sam też się uśmiechnął.
-Głupek. - mruknęłam.
Nagle wszedł Gordon.
-Dzwonił twój tata, powiedział że nie odbierasz.
Wyciągnęłam swój telefon, faktycznie dziewięć nieodebranych od taty i jedno od Williama.
-Jest zdenerwowany. - ciągnął dalej. - Jak powiedziałem, że jesteś z Louisem to odparł, że masz godzinę. - i wyszedł.
-Czyli jestem twoją przepustką na wolność? - rozsiadł się jak królewicz.
-Dziękuję o panie. Sama nie wiem co by było, gdyby nie ty. - załkałam. - Tata myśli, że to wszystko to moja wina.
-Wysłuchał cię chociaż? - znów spoważniał.
-Nie, ma dość. - westchnęłam. - Ma dość moich wytłumaczeń, po śmierci brata ciągle miałam problemy. Zmieniałam szkoły jak rękawiczki, wszędzie pozostawiając po sobie opinie chorej na głowę. Chyba gorzej być nie może, teraz już tylko lepiej.
-Lubisz go prawda? - zapytał.
Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Przecież nikogo nie wymieniłam w tych zdaniach, no tylko brata, ale aż taki głupi by nie był, żeby pytał o takie rzeczy.
-Hmm? - mruknęłam.
-Harrego. Dlatego wrzuciłaś jej gumę do włosów. - stwierdził.
-Co? - zaśmiałam się. - Znamy się parę dni, a poza tym nie wiedziałam, że są razem, dopiero potem zobaczyłam ich na parkingu. - wytłumaczyłam się.
-Byłaś zazdrosna? - zabawnie poruszył brwiami.
-Nie wierzę. - zaczęłam się śmiać. - Ledwo go znam.
-I tak się kochacie. - wzruszył ramionami.
-Błagam Loui przestań. - wybuchnęłam kolejnym śmiechem.
-Przed miłością się nie ukryjesz. Od zawsze wiedziałem, że Harry ma skłonność do blondynek, ta franca do niego nie pasuję.
Byłam w szoku, przez śmiech próbowałam wytłumaczyć, że nic mnie Harrego nie łączy, ale Louis przecież zawsze musi mieć rację.
-Chodź, bo jeszcze twój tata mnie zastrzeli. - zaśmiał się.
-Ej, mój tata jest bardzo miły. - zrobiłam pauzę. - No dobra nie jest. - zaśmiałam się.
Pociągnął mnie za nadgarstek i wyszliśmy.
-Cieszę się, że mogłam ci to powiedzieć, a ty mi pomogłeś. No i się uśmiechnąć. - powiedziałam gdy byliśmy już pod domem.
-Tommo zawsze do usług. - uśmiechnął się jak w reklamie, a ja wybuchnęłam śmiechem.
Kiedy tylko przeszłam przez próg domu, uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy.
-Po co ci telefon skoro go nie odbierasz? - zapytał na wstępie tata.
-Byłam zajęta.
-Nie takim tonem. - upomniał mnie. - Nie jestem twoim kolegą.
-Tak więc ojcze, mogę wybrać się na górę? - jeszcze chwila, a wyśmiałabym go.
-Czemu jesteś taka trudna? Nie ufasz mi już prawda? - jego twarz lekko złagodniała.
-Za dużo zjadłam u Gordona, pójdę do siebie. - chcąc uniknąć odpowiedzi, szybko wyminęłam go i poszłam do pokoju.


WITAAM ♥
no i już piąty. tak ten czas szybko leci, a dopiero co zaczynałam tamten blog. nie wiem czy tak można, w sensie dziewczyny dziewczynom, ale WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI DNIA KOBIET. tak właśnie jutro (9.03) mam urodziny :) tak się ciesze, że Was mam :)
xoxo
                     

poniedziałek, 4 marca 2013

ROZDZIAŁ 5

-Przepraszam. - westchnął.
-Że co? - zdziwiłam się. - Za co? To ja...
-Zachowałem się jak furiat. A to tylko drobnostka. - I w tym momencie zadzwonił mu telefon. Po krótkiej rozmowie pożegnał się i poszedł do domu.
Stałam sobie jeszcze tak przez chwile, bez celu, kompletnie. I jakby nic poszłam do siebie. Przygotowałam wszystko na następny dzień do szkoły, po czym poszłam na balkon. Usiadłam wkładając nogi między barierki, tak aby swobodnie mogły sobie 'wisieć'.
-Chyba serio ci na tym zależy. - usłyszałam głos... Harrego.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że siedzi naprzeciwko na balkonie.
-Co masz na myśli? - wykrzywiłam się. - Bo jeśli chcesz mnie dobić, to dzięki nie skorzystam.
-Słyszałaś nas kiedyś na żywo? - zmienił temat.
-Nie, błagałam godzinami, szantażowałam, nic - zaśmiałam się i wzruszyłam ramionami.
-Na razie nie gramy koncertów, ale pod koniec miesiąca śpiewamy na imprezie charytatywnej, mógłbym cię zabrać, jak chcesz. - uśmiechnął się. - Wiem, że musiałabym czekać prawie miesiąc, ale to chyba lepsze niż nic.
-Mówisz serio? - nie mogłam uwierzyć.
Jeszcze tydzień temu mogłam pomarzyć o tym, żeby ich spotkać. A tu nagle sąsiedzi i jeszcze Harry chciał mnie wziąć na koncert.
-Robisz teraz coś konkretnego? - przerwał moje rozmyślenia.
-Oprócz rozmawiania z tobą to nie. - zaprzeczyłam.
-Chcesz się przejść? Znaczy może przejść do za duże słowo, za bardzo wyjść nie możemy za osiedle.
HARRY STYLES ZAPROSIŁ MNIE NA SPACER!
Jedyne co mogłam wtedy zrobić to rozpłakać się ze szczęścia, a potem zemdleć. Lecz był to mój szczęśliwy dzień, mimo tej całej akcji z Louisem. Skinęłam głową, ubrałam trampki i wybiegłam z domu. Harry już czekał.
Na początku zbytnio się to nie kleiło. Potem zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, kompletnie przestało mnie obchodzić, że jest gwiazdą światowego formatu, że każda inna fanka zrobiła by wszystko, żeby tylko go dotknąć. W tej chwili ważna była tylko muzyka. On również nie wypytywał się o moje życie, dobrze, bo nie chciałam współczucia ani tego, że udawałby, że moje życie jest ciekawe.
Żył muzyką, był wypełniony pasją, od stóp do głów, coś niesamowitego. Niby jeden temat, a rozmawialiśmy aż do zmroku.
-Tata dzwoni. - zobaczyłam na wyświetlacz mojego białego iphone'a. - Muszę iść.
Mimo, że mieliśmy nie wychodzić tak było lepiej dla jego bezpieczeństwa, to i tak udało mi się go wyciągnąć poza nasze osiedle. Nawet nikt go nie rozpoznał.
-Czekaj odprowadzę cię. - powiedział i zawróciliśmy.
-Wow, cóż za poświęcenie. Chcesz za to medal? - zaśmiałam się.
-Chciałem być miły. - wykrzywił usta w podkówkę.
-No przepraszam. To bardzo miło z twojej strony, a zwłaszcza, że mieszkasz ode mnie pięć kroków.
-No i weź się staraj, a dziewczyna i tak jest nigdy nie zadowolona. - spojrzał w górę.
Wtedy pierwszy raz poczułam się kimś 'więcej'. Nie w sensie, że jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, ale kimś więcej a nie tylko fanką, albo dziewczyną na jeden spacer.

William odwiózł mnie do szkoły, bo tata znowu musiał iść do pracy. Przy wejściu spotkałam Sama. Kiedy stanęłam przy szafkach podeszła do nas wysoka brunetka.
-Cześć Sami. - zatrzepotała rzęsami.
Coś mi nie pasowało, na samym początku wiedziałam, że się nie polubimy, chociaż nie do końca wiedziałam kim jest.
-Hej. -mruknął.
-Idziemy na angielski? Nie mam notatek z całego tygodnia i pomyślałam, że może ty mógłbyś mi ich użyczyć. - uśmiechnęła się słodko.
Działała mi na nerwy.
-Jasne. Do zobaczenia Scarlett. - uśmiechnął się i poszedł.
Dziewczyna tylko obrzuciła mnie zwycięskim spojrzeniem i poszła za Samem. Nie miałam pojęcia o co jej chodzi. W każdym razie wkurzyłam się, a to był dopiero początek.
Przez pierwsze dwie lekcje nie było kolorowo, już musiałam normalnie odpowiadać. Chciałam sobie pójść, jeszcze czekała mnie wizyta u terapeuty.
Na dłuższej przerwie Sam usiadł ze mną na polu.
-A co z tą dziewczyną? - zapytałam na wstępie.
-Poszła z koleżankami. To Vanessa, znamy się od paru lat. Jest miła, ale lepiej z nią nie zadzierać.
Prychnęłam.
-Mówiła mi, że coś zrobiłaś. Nie wiem co dokładnie, ale jest wkurzona i sporo o tobie mówiła, w nie za bardzo miły sposób, ale możesz być ze mnie dumna, broniłem cię jak swojego dziecka. - uśmiechnął się.
-Co? - krzyknęłam. - Widzę tą dziewczynę pierwszy raz na oczy, a ona jest chora i sobie coś wymyśliła.
To było nienormalne, aż żenujące i chore. Nie mogłam pojąć o czym ona bredziła.
Potem nie było lepiej, za każdym razem kiedy mnie widziała popychała mnie, albo się krzywo patrzyła. Chciałam tylko, żeby ten dzień się skończył.
W końcu się wkurzyłam, aż za bardzo. Zrobiłam zanim pomyślałam. Korzystając z tego, że właśnie moja guma zaczęła tracić smak, wyciągnęłam ją z buzi i na przerwie 'niechcący' wrzuciłam ją w jej włosy. Dopiero potem dotarły do mnie konsekwencje, gdyby coś stało się z moimi włosami, nie wiem co bym zrobiła. Jestem za bardzo impulsywną osobom.
Zadzwonił ostatni dzwonek i wyszłam przed szkołę, tak jak tata zarządził Will zawiózł mnie do terapeuty.
Obiecał, że poczeka tą godzinę. Pewnym krokiem weszłam do gabinetu, skinął głową na powitanie i usiadłam.
Przez pierwsze piętnaście minut wpatrywaliśmy się w siebie w ciszy. Marnowanie czasu, ale nie chciałam już żeby tata był zły.
-I jak w szkole? - zagadnął pan Carl.
-Jakoś. - wzruszyłam ramionami.
-Scarlett chyba musimy wyjaśnić sobie parę spraw. - uśmiechnął się, a ja rozsiadłam się wygodniej na wiadomość o zapowiadającym się kazaniu. - Ja chcę ci pomóc, w życiu nie przyszło by mi na myśl cię skrzywdzić. Jesteś moją pacjentką, znam się dobrze z twoim tatą. Ja po prostu chce pomóc pogodzić ci się ze śmiercią brata.
To słowo, to określenie.
Brat.
Coś naturalnego, a cholernie boli. Ukuło mnie w sercu i lekko się zgarbiłam. Zaczęłam łapczywie wciągać powietrze.
-Wszystko w porządku? - zapytał zmartwiony.
-Słucham? - zamrugałam parokrotnie. - Ah, tak. Wszystko okej. - już powoli dochodziłam do normy.
Czasami miałam takie chwilowe 'ataki'. Zaczynałam się dusić, miałam ochotę przestać istnieć. A to wszystko na wzmiankę o Jadenie. 
Potem nie było wcale najgorzej. Nawet opowiedziałam mu o moich starych szkołach. No, ale czas minął, jakoś ta wiadomość mnie nie zasmuciła. Grzecznie się pożegnałam i poszłam.
Pod wieczór udaliśmy się 'rodzinnie' do restauracji, w końcu miałam okazje bliżej porozmawiać z Melody. Opowiadała o swojej pracy, adwokat i projektant to na prawdę ciekawe zawody, i na dodatek na raz. Na pewno jej się nie nudziło.
Jedyne za co miałam żal to to, że tatę nawet nie interesowało jak było w szkole, albo u pana Carla. Ale mogłam się tego spodziewać, w końcu policjant i właściciel dużej restauracji. Chociaż zapytanie "Jak tam?" nie wymaga dużego wysiłku, albo godziny czasu.

Pierwsza lekcja rozpoczęła się bez większej komplikacji, zaczęło się dopiero kiedy weszła miła pani, która przeczytała moje nazwisko i poprosiła bym za nią poszła.
Czułam jak w moim brzuchu coś wywierca mi ogromną dziurę. Trzeci dzień w szkole i już nawaliłam.
Kiedy weszłam do pokoju za tą panią, dopiero gdy weszłam głębiej zauważyłam tą Vanessę siedzącą na jednym z krzeseł przy biurku pana dyrektora, w obciętych włosach...


 Cześć.
Tak strasznie przepraszam, że musieliście tak długo czekać, mogę się tylko tłumaczyć lenistwem, brakiem czasu i weny. PRZEPRASZAM. łuuuuuł mamy ponad 10k. To nasz wspólny sukces. Dziękuję za komentarze i zachęcam do tego ponownie, to dla Was tylko chwilka a u mnie powoduje to ogromne szczęście i uśmiech.
xoxo