-Udało ci się przytyć cały kilogram. - uśmiech z twarzy pani doktor nie zszedł nawet na sekundę.
-Wspaniale. - mruknęłam pod nosem i z powrotem usiadłam na fotelu.
-Badania krwi będą za trzy dni. Na dzisiaj to wszystko.
-W takim razie dziękuję i do widzenia. - chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść.
Atmosfera dość mnie przytłaczała i psuła humor. Szaro, smutno, cicho i pełno zagubionych dziewczyn w korytarzu, na który właśnie wyszłam.
-Harry. - stanęłam przed nim. Siedział sobie i zasłaniał dłońmi twarz. - Ej. - pstryknęłam palcami przed jego twarzą.
Drgnął. Ocknął się i nerwowo wstał.
-Już? Zamknąłem oczy dosłownie na sekundę i chyba zasnąłem. - ziewnął.
-Siedziałam tam ponad pół godziny. - wzięłam swój czarny płaszcz z wieszaka i ruszyłam w stronę wyjścia, a Hazz tuż za mną.
-I jak wyniki? Wszystko dobrze?
-Zależy dla kogo. - wzruszyłam ramionami. - Nie chce mi się o tym gadać. Dosyć będę musiała się dzisiaj tłumaczyć tacie jak wrócę. Poza tym. - przystanęłam na chwilę i prawie na mnie wpadł. - Mógłbyś chociaż na chwilę wypluć tę gumę? Ciągle je żujesz, wiesz jak to irytuje? - westchnęłam i poszłam dalej.
-Co cię ugryzło? - przybliżył swoją dłoń do mojej i chciał ją chwycić, ale ja włożyłam ją do kieszeni.
-Mam ci odpowiedzieć? Może lepiej nie. Nie będę ci robić awantur przy tych idiotach, którzy nie mają własnego życia, uprzykrzają je innym, dostają za to pieniądze i zaraz wepchnął się z aparatem przed moją twarz.
-Scarlett... Przecież to nie jest moja wina. - objął mnie.
Nie powiem, przeszły mnie ciarki przez całe ciało. Chciałam żebyśmy tak tkwili długi czas, ale wolałam nie robić nam problemów.
-Tego nie powiedziałam. - I wyślizgnęłam się z jego uścisku. - Zachowujmy się jak zwykli znajomi.
Musieliśmy przepchnąć się przez tłum ludzi żeby dostać się do samochodu. Nawet jak już wsiedliśmy obtoczyli auto i nie robiąc sobie nic z tego, że chcielibyśmy ruszyć robili zdjęcia.
-Błagam zrób coś. - zasłoniłam twarz.
Harry chyba się trochę wkurzył, włączył silnik i ruszył, szarpnęło samochodem i wszyscy się odsunęli.
-Jak wy to wytrzymujecie? - odetchnęłam z ulgą po tym jak odjechaliśmy.
-Praktycznie jeździmy razem i mamy ze sobą ochroniarzy, chociaż to i tak niewiele zmienia. - spojrzał na chwilę na mnie, a po chwili z powrotem na drogę.
-Będąc tam. - chyba mnie nie zrozumiał, bo zmarszczył czoło. - No wiesz... Po drugiej stronie monitora. Nie wiedziałam, że to takie uciążliwe. Cieszyłam się, bo wiedziałam co się z wami dzieje w danej chwili, mój mózg domagał się tego, nie wiedząc jakie jest to dla was ciężkie. A teraz wiem jakie to chore.
-Może się w końcu przyzwyczaimy. Może dadzą nam spokój. - wzruszył ramionami.
Wchodząc do domu natknęłam się na multum walizek. Melody stała przed lustrem i się malowała, a tata wpadł do przedpokoju.
-Dość długo cię nie było. - podszedł do mnie i obejrzał z każdej strony.
-Nie tato, nie byliśmy na żadnej imprezie, nie piliśmy żadnego alkoholu, a co najważniejsze nie uprawialiśmy seksu. - westchnęłam. - Drobne problemy na drodze.
-Jesteś pewna, że wszystko okej? - spytał z troską w głosie, a ja tylko skinęłam głową.
-No błagam cię, a co mogło się jej stać? Bez przesady. Zajmij się tym co masz teraz ważnego. - nowa żona taty właśnie oderwała się od lustra.
Może i miała racje, ale nie miała prawa wtrącać się w moje relacje z tatą. Mógł zadawać pytania jakiekolwiek chciał, martwić się jak chciał, a ona nie miała nic do tego.
-To jest moja córka, jest chora i właśnie wróciła z badań kontrolnych, chyba jako rodzic mogę się zapytać o parę rzeczy. Ja mam swoje metody wychowania, a ty swoje i obiecaliśmy sobie, że w te sprawy się nie wtrącamy. - tata powiedział to na jednym wdechu, był taki zły, że aż poczerwieniał.
Byłam z niego dumna, cieszyłam się, że nie pozwalał jej wejść mu na głowę. Miałam ochotę zacząć mu klaskać.
Ona się tylko obruszyła, minęła mnie powiedziała ciche "Bądź grzeczna i nie rozrabiaj" i wyszła.
-Nie przejmuj się nią. Jest trochę o ciebie zazdrosna. - złość minęła, a na twarz nawet na jego wkradł się uśmiech. - A jak w klinice?
-Przytyłam. - jeszcze bardzo się uśmiechnął, a ja starałam się nie wyglądać tak jak się czuje.
-Jestem z ciebie dumny. - pocałował mnie w policzek. - Musimy jechać bo spóźnimy się na samolot. - Jecie u Gordona, dzielcie się obowiązkami, moja karta kredytowa jest na twoim biurku, nie pozwalaj korzystać z niej Williamowi, tobie ufam, za to jemu nie. - zaśmiał się. - Kocham cię. Wiem, że nie zrobisz nic głupiego.
-Odpocznijcie i bawcie się dobrze. - przytuliłam go i wyszedł.
Wtedy oficjalnie zostałam sama na pewne dwa tygodnie, prócz Williama, który i tak się zadeklarował, że rzadko będzie bywał w domu.
-Byłam dziś na twitterze. - popatrzyłam na Harrego.
Nie miałam co robić, a przypomniało mi się, że przecież spędziłam tam tyle czasu i że warto by było tam zajrzeć i przypomnieć sobie jak było wcześniej.
Nie posiedziałam długo, a we Włoszech potrafiłam całą noc. Hazz postanowił, że do mnie przyjdzie. I leżeliśmy sobie na kanapie w salonie. Już nie musiałam się bać, że tata mógłby nas zauważyć.
-Nie wiedziałem, że masz w ogóle.
-Owszem, mam. I nawet udało mi się zdobyć follow od Nialla. - uśmiechnęłam się na samo wspomnienie. - Płakałam chyba przez tydzień.
-A ode mnie nie? - spytał mnie z rozbawieniem.
-Nie. Chyba wolałeś ładniejsze fanki. - wzruszyłam ramionami.
-Może to nadrobię. - zabawnie poruszył brwiami i położył się na mnie.
-O w życiu. - zaśmiałam się. - Nigdy nie podam ci mojego twittera.
-Czemu? - zdziwił się.
-Nie zrozumiesz. Tam jest wszystko. O mnie, o moich uczuciach do was. Po prostu wszystko. Z samej zasady nie powinniście tego czytać. - uśmiechnęłam się. - Nawet nie macie pojęcia jak wszyscy was kochają.
-Ty też? - zbliżył się do mnie jeszcze bardziej.
-A to zależy. - cmoknęłam go w policzek.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię poznałem.
-Nie wyobrażam sobie tego, jakbym dalej widziała cię tylko na zdjęciach. Wiesz jakie to okropne? Nie każda fanka dostaje taką szanse.
Lekko musnął moje wargi, po chwili pocałował mnie mocniej, ale wciąż delikatnie i w jego 'stylu'. Kiedy w końcu mogłam nacieszyć się naszą chwilą ktoś musiał przeszkodzić.
Usłyszałam odchrząknięcie i gwałtownie drgnęłam, przez co zderzyłam się z Harrym głowami.
-Cholerna... - mruknęłam i chwyciłam się za głowę.
Harry nerwowo usiadł.
-No, no. Pojechali tylko dwie godziny temu. - zaśmiał się William.
-Długo już tu stoisz? - wstałam i zauważyłam, że Will nie jest sam.
-Chyba wystarczająco. Jesteście uroczy. - westchnął. - Pewnie pamiętasz mojego chłopaka.
-Hej Ashton. - pomachałam przystojnemu brunetowi.
Słodko się uśmiechnął i odmachał.
-W razie czego będziemy u mnie. - William pociągnął Asha i poszli na górę.
-Cudownie. - westchnęłam z uśmiechem na twarzy i opadłam na kanapę.
-Widziałem jak na niego patrzysz.
-Że co? - zaśmiałam się. - Chyba nie jesteś zazdrosny o chłopaka mojego brata, którego widzę drugi raz na oczy.
-A powinienem? - objął mnie, a ja się w niego wtuliłam.
-Jeśli tym pokazujesz, że ci zależy to tak, ale jeśli to po prostu głupi impuls to lepiej nie. Nie zniszczmy tego znowu.
Witam.
wiem, że zawaliłam, ale trudno mi teraz łączyć naukę z pisaniem. poza tym nie mam pomysłów, zastanawiam się nad zawieszeniem bloga na długi czas. jeszcze myśle nad tym i nic nie postanowiłam. mam nadzieje, że w przeciwieństwie do mnie radzicie sobie w szkole. następny postaram się dodać szybciej.
xoxo
-SCARLETT! JESTEŚ TAM? OTWÓRZ! - tata dobijał się do drzwi, a ja miałam nadzieje, że to tylko sen.
Niestety nie. Już wstawałam i miałam mu otworzyć, ale zorientowałam, że niespodzianka leży w łóżku jak zabita.
-O cholera. - mruknęłam. - Poczekaj tato, muszę się ubrać. - powiedziałam głośniej.
Podeszłam do łóżka od strony Harrego i zaczęłam nim lekko trząść.
-Harry, musisz się obudzić i się schować i to szybko. Tata jest przed drzwiami. Harry błagam.
-Co? - otworzył jedno oko.
-Szybciej. - pociągnęłam go za rękę.
-Wszystko w porządku? - zawołał tata.
-Tak. Daj mi sekundkę. - popatrzyłam na Harrego, który zwlekał się z łóżka. - Wejdź do łazienki i poczekaj tam, aż nie przyjdę. I siedź cicho. - wepchnęłam go tam i zamknęłam drzwi. - Już. - otworzyłam tacie. - I jak? - uśmiechnęłam się.
-Wspaniale. - odwzajemnił uśmiech. - Czemu tak wcześnie poszłaś? Martwiłem się.
-Wszystko okej, źle się poczułam, a nie chciałam wam psuć zabawy.
-Twój występ był niesamowity, dziękuje ci za to. - przytulił mnie. - A pod koniec...
Tata był słaby w tych tematach, chyba jak każdy ojciec. Ale to było w nim niesamowite, że i tak pytał i chciał się dowiedzieć, mimo tego, że czasami się trochę kompromitował.
-Dzięki, że pytasz, ale jak na razie wolę to zostawić dla siebie. - spuściłam wzrok.
-Okej. Ale wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść i mi powiedzieć?
-Jasne.
-Dobra dziewczynka. - pocałował mnie w czubek głowy. - Tak jak ci wspominałem jakiś czas temu, jutro jedziemy w podróż poślubną. - kompletnie zapomniałam, ale udawałam przed nim, że jestem zainteresowana tematem i wcale się tak nie ekscytuję. - Właśnie jedziemy jeszcze na ostatnie zakupy. Chcesz coś?
-Nie dziękuję. Bawcie się dobrze. - uśmiechnęłam się.
Wszyscy wiedzieli, jak tata nienawidził zakupów, ich wyjście mnie zdziwiło, może Melody miała na niego inny wpływ.
Z ulgą zamknęłam za nim drzwi i przekręciłam klucz. Kiedy otworzyłam drzwi od łazienki, Harry stał już ubrany w swoje ciuchy.
-Ale one są chyba jeszcze mokre. - spojrzałam na niego.
-To nic. - mruknął. - Dzięki.
Mówił do mnie jak do obcej osoby, bez uczuć, nic.
-Harry... - zrobiłam krok do przodu.
-Chyba powinienem już iść. - wyminął mnie.
-Poczekaj chwilę, aż tata pojedzie. Nie byłby zadowolony. - wycofałam się i usiadłam na łóżku, po chwili usiadł obok mnie.
-Czemu?
-Nie mówiłam ci, ale dowiedział się o tym, że my... - odchrząknęłam. - I nie pozwolił mi się z tobą spotykać. Ale teraz i tak już chyba nie ma się czym martwić.
Czułam się tak cholernie niezręcznie, ale też cudownie, że miałam go obok. Nawet kiedy jego udo dotknęło mojego, dreszcze przeszły przez całe moje ciało.
-Mhm...
Mhm? Serio? Myślałam, że powie coś więcej. Cokolwiek.
Miałam dość.
-To był tylko pocałunek, a ja byłam pijana. Harry błagam cię. - popatrzyłam na niego.
-Spieprzyłem to.
-Ty? Co?
-Jak już byliśmy razem, spotkałem się z Vanessą, żeby to definitywnie zakończyć.
Zrobił przerwę, na głęboki oddech. Jedna strona mnie chciała się dowiedzieć, a druga, żeby tego nie kończył. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Zrobiło mi się słabo.
-Kiedy już wychodziłem... Pocałowaliśmy się.
-Słucham?! - wstałam. - Że co?! Podczas gdy ja się załamywałam i plułam sobie w brodę, że zrujnowałam nasz związek tym pierdolonym wyjściem do klubu, to ty miałeś tą świadomość, że zrobiłeś to wcześniej?!
-Scarlett posłuchaj. - próbował uspokoić mnie swoich spokojnym tonem, ale szło mu średnio.
Nie mogłam w to uwierzyć. Jak mógł zrobić mi takie świństwo. Sam to zrobił i to wcześniej, a mnie o mało nie uderzył tamtego wieczoru.
-Co posłuchaj? Pocałowałeś swoją byłą i to jeszcze na trzeźwo, a mi zrobiłeś awanturę jak o morderstwo. Nie wierzę.
Zapadła cisza. Wcale mi nie przeszkadzała, chciałam żeby się nie odzywał.
-Jak mogłeś... - szepnęłam z powrotem siadając obok niego. - A ja jak idiotka czekałam na ciebie, zaśpiewałam sama, ale i tak nie miałam ci tego za złe, zrozumiałam to, a na koniec rozbeczałam się jak kretynka. A ty... - łza spłynęła mi po policzku.
Nie byłam w stanie policzyć ile razy płakałam przez to co zrobiłam, a kiedy myślałam o tym jak on musiał cierpieć przeze mnie popadałam w rozpacz, a on... na to wszystko pozwolił.
-Przepraszam. - szepnął.
-Myślisz, że to wystarczy? - spojrzałam na niego.
Przecież zrobiłam to samo, nie powinnam w sumie na niego tak naskakiwać.
-Zapomnijmy o tym. Nie chcę już wracać do tego tematu. - westchnęłam. - Tata już pojechał, więc możesz spokojnie wyjść.
-Scar...
-Odprowadzę cię do drzwi.
Nie wiedziałam. Nic. Niby chciałam, żeby poszedł i miałam go dość, ale większa część mnie chciała, żeby został i mnie przytulił.
Zeszliśmy po schodach w ciszy, kiedy już staliśmy przy drzwiach, magicznie pojawiła się moja mama.
-Dzień dobry. - uśmiechnęła się szeroko. - Harry, tak? - podała mu rękę.
Uśmiechnął się i pocałował ją w dłoń.
-Co ty tu robisz? - spojrzałam na nią.
-Stwierdziliśmy, że po co mam spać w hotelu skoro mogę tutaj. Może Harry zostanie na śniadanie?
-Nie, musi już iść. - mruknęłam.
-Bardzo chętnie. - uśmiechnął się jeszcze promienniej niż ona.
Co on sobie wyobrażał? W tym momencie jednak wolałam, żeby sobie poszedł.
Jak najlepsi przyjaciele poszli do jadalni i wspólnie usiedli do stołu i zaczęli jeść.
-Co z Mari? - usiadłam koło mamy.
-Pojechała z ojcem i Melody, zrobić małe zakupy, jeśli dzisiaj wracamy...
-Jak to dzisiaj? Już? Razem z nią?
-Za trzy dni zaczynają się pierwsze wstępne castingi do szkoły baletowej.
-Mhm...
-Czemu mi nie powiedziałaś, że spotykasz się z tym chłopcem? - na twarzy mamy znowu pojawił się uśmiech
-Bo my w sumie... - zaczęłam.
-W twoim pokoju nadal na ścianach wiszą ich plakaty.
-Mamo... - czułam jak coraz bardziej się czerwienię.
-To urocze. - odezwał się Harry.
-No, strasznie. - wywróciłam oczami.
-Wylatujemy po południu. Macie jakieś plany?
-Nie.
-Tak. - Harry chyba miał inne zdanie na ten temat. - Zabieram dziś Scarlett, ale to przesuniemy, żeby jeszcze spędziła z wami czas. A na tą chwilę muszę iść, mamy parę spraw do załatwienia w związku z zespołem. - wstał. - Dziękuję za miłe śniadanie. I szczęśliwej drogi. - ponownie ucałował dłoń mojej matki i wyszedł.
-Jest wspaniały. - pisnęła.
-Weź, daj spokój. - nalałam sobie kawy.
-Czemu? Jest bardzo miły, jak na twoich wcześniejszych znajomych...
-O czym ty mówisz mamo? Nie miałam znajomych. Tylko balet.
-Oh. Nie przesadzaj.
Mogłabym się kłócić, miałam racje i mogłam dowieść i udowodnić jej jak zniszczyła mi dzieciństwo, ale na prawdę nie chciałam.
Mari wróciła dwie godziny przed wyjazdem, nie miałyśmy za dużo czasu, a w zasadzie w ogóle go nie miałyśmy, bo chciała jeszcze pójść do Nialla.
Powiedziałam jej, że żałuję, że tak mało czasu spędziłyśmy ze sobą i że mam nadzieje, że wróci na święta, albo nawet wcześniej. Nie zabrakło śmiechu i łez. Ciężko było mi się z nią znowu rozstawać.
Z mamą poszło łatwiej, choć ona postanowiła, że wygłosi mi dość spore kazanie na temat szanowania siebie i traktowania innych. Ale najwięcej mówiła o Harrym, żebym go nie raniła i nie pozwoliła ranić siebie. Szkoda, że powiedziała już to po fakcie, kiedy oboje to zrobiliśmy.
Niall odwiózł je na lotnisko, a ja zostałam w domu z tatą i Melody.
-Nawet nie powiedzieliście mi gdzie jedziecie.
Siedzieliśmy sobie w salonie przed telewizorem jak normalna rodzina. Bardzo dziwne.
-Indie. Tak planujemy, a co potem to zobaczymy. - powiedział w pełni zadowolony tata.
-To na ile wy zamierzacie wyjechać?
-Wstępnie trzy tygodnie. William się tobą zajmie. - zapewniła mnie Melody.
Zaczęłam się zastanawiać w jakim stopniu zna swojego syna, że zostawia mu siedemnastolatkę pod opieką i na ile mój tata jej ufa skoro się na to zgodził.
Usłyszałam dość głośnie pukanie do drzwi.
-Poczekaj, ja otworzę. - tata już przybrał formę obronną.
-Daj spokój. To strzeżone osiedle. - uspokoiłam go i poszłam do drzwi. Po ich otworzeniu zobaczyłam przed sobą Perrie.
-Możesz mi wytłumaczyć co się dzieje?
-Też cię miło widzieć. - wyszłam na zewnątrz, zamknęłam drzwi i usiadłam na schodach, po chwili do mnie dołączyła.
-Możesz sprecyzować pytanie? - przekrzywiłam głowę.
-Idąc do Zayna, żeby go trochę ogarnąć po tym wczorajszym weselu, usłyszałam parę rzeczy, które chyba nie powinnam była.
Fakt, balkon był otwarty, ale żeby aż tak się to rozniosło?
-Oh, Boże. Słyszałam, że ten dupek pocałował tą lafiryndę.
-A. No tak. Ja zrobiłam to samo.
-Żartujesz sobie? - prychnęła. - Ty byłaś pijana, a on jest jeszcze bardziej na minusie bo całował swoją byłą.
-Obydwoje jesteśmy winni. Nie daje rady się na niego wściekać. - wzruszyłam ramionami.
-Plus pozwolił na twoje ogromne poczucie winy, zrobił ci awanturę życia, a sam też to zrobił. - westchnęła.
-Jedziemy gdzieś dzisiaj razem.
-Co? - spojrzała na mnie rozczarowana. - Jesteście popieprzeni. Nie da się was zrozumieć.
Przestałyśmy rozmawiać kiedy zobaczyłyśmy, że samochody chłopców podjechały pod ich dom. Wysiedli i podeszli do nas. Perrie wstała, podeszła do Harrego i szepnęła mu kilka słów, na które się skrzywił i poszła z Zaynem do domu. Chłopcy też za długo nie zostali. Aż zostałam sama z Harrym.
-Wiem, że mówiłem o dzisiejszym wyjściu, ale przez jakiś czas nie możemy wychodzić razem. - usiadł. Postanowiłam udawać, że w ogóle na tym wyjściu mi nie zależało i się nie odzywać. - Nie dadzą nam spokoju, jeśli w ogóle wyjechalibyśmy z osiedla zrobiliby mnóstwo zdjęć, a potem obsmarowali z gazetach i na tych gównianych portalach.
-O czym ty mówisz? - wyprostowałam się.
-No wczoraj mówiąc im, że nie jesteś ze mną chyba mało ich przekonałaś i wszyscy o tym mówią.
Heeey :)
taki jakiś... dużo rozmów, mało konkretów. dziwny. dziękuję, dziękuję, dziękuje za komentarze i jak najbardziej proszę o więcej. do następnego
xoxo
Denerwowałam się coraz bardziej, Harrego nie było, do ostatniej chwili miałam nadzieję, że może się zjawi.
A do czasu naszego występu chodziłam od stolika do stolika i rozmawiałam z ludźmi, których nawet nie znałam imion, potem stwierdziłam, że to bez sensu i siedziałam z mamą. Na towarzystwo Mari było ciężko się doczekać, Niall obracał nią na parkiecie bez chwili wytchnienia.
Pod wieczór zaczęło się robić coraz gęściej. Nagle pojawili się chłopcy, od razu jak ich zobaczyłam podbiegłam do wejścia.
-Jak się czuje? Jest tu? - spytałam Louisa.
-Wyszedł długo przed nami, myślałem, że już tu będzie. Ale nie martw się, na pewno się zjawi. - przytulił mnie. - Co to za piękna kobieta przy drugim stoliku od okna?
-Louis... To moja mama. - uderzyłam go w ramię.
-Przecież wiem. - fuknął. - Tak się zgrywam. - zaśmiał się.
-No strasznie zabawne. - wywróciłam oczami. - Chodźcie, usiądziemy. - pociągnęłam Lou za rękę, a reszta poszła za nami.
Chłopcy w ogóle nie krępowali się moją mamą i mówili o wszystkim. Polubiła ich. Od razu przyszło mi na myśl, co pomyślałaby o Harrym, gdyby był z nami.
-Scarlett, słyszałam, że masz jakiegoś kawalera. - mama uśmiechnęła się i poruszyła zabawnie brwiami.
Czułam jak zaczynam się czerwienić, przed oczami przemknęły mi najwspanialsze chwile z Harrym, a tuż po nich moja ostatnia impreza i jego słowa...
-To chyba już nie aktualne. - odchrząknęłam nerwowo, wszystkim uśmiechy nagle zniknęły w twarzy. - Chyba już czas. - spojrzałam na Louisa, a on tylko skinął głową i wstaliśmy od stołu.
Nogi miałam jak z waty, trochę dlatego, że nie śpiewałam jeszcze przed tyloma ludźmi, ale bardziej z powodu Harrego. Liczyłam na niego, wiedziałam, że przyjdzie, jeszcze Louis to potwierdził więc nie mogło być inaczej.
Wchodząc na małą scenę zaraz obok wejścia po restauracji zdążyłam się potknąć o schodek. Szpilki zdecydowanie nie były dla mnie odpowiednie, może na jakieś pół godziny, ale jeszcze przez balet byłam przyzwyczajona, że stopy były płasko, więc dla swojego komfortu wolałam się ściągnąć i odłożyć na bok.
Louis usiadł przy fortepianie, a ja podeszłam do stojaka z mikrofonem. Niall chyba się trochę zdenerwował, że w sali nadal panował szum i wszystkich uciszył, na co się uśmiechnęłam.
Byli wszyscy, wszyscy prócz niego. Stałam tam dobre pięć minut, ludzie wgapiali się we mnie wyczekująco, a ja czekałam.
-Scarlett, trzeba zacząć. - Lou mnie ponaglił.
-Jeszcze minutkę. On na pewno przyjdzie. - powiedziałam mało przekonująco.
Mimo tego, ze wtedy prawdopodobnie ze mną zerwał, myślałam, że przyjdzie. Ale nie mogłam mieć ze złe, jeśli zmienił zdanie. Chyba też bym nie przyszła na jego miejscu, chyba. A raczej przyszła. Wszystko żeby być blisko.
Straciłam całą nadzieję, kiedy Louis zaczął grać.
Zrobiło mi się cholernie przykro, ale winić mogłam tylko i jedynie siebie, sama byłam sobie winna.
Zamyśliłam się i nie weszłam kiedy powinnam, Lou przegrał wstęp jeszcze raz, aż weszłam jak trzeba.
Każde słowo sprawiało mi ból, psychiczny. Dotarło do mnie jeszcze bardziej co zrobiłam.
Widziałam jak przy refrenie mama zaczęła płakać, ze wzruszenia, z tęsknoty za dawnym życiem, czy z dumy. Tego nie wiedziałam. Ale nie była jedyna, zauważyłam paru innych ludzi, sięgających po chusteczki z torebek i wycierających swoje mokre policzki od łez. Chyba sukces, prawda? Uzyskałam co chciałam, ludzi poruszyły słowa napisane przez Harrego.
Przy ostatnim refrenie sama zaczęłam się kruszyć, pojedyncza łza spłynęła mi po policzku i zmoczyła malutki fragment czarnego materiału, z którego zrobiona była moja sukienka. Ostatnie słowa wyśpiewałam szeptem.
Kiedy melodia ucichła, powiedziałam szybkie i ciche "Dziękuję", wzięłam buty do ręki i zeszłam pod schodkach.
Od razu poszłam do wyjścia, chyba i tak wystarczająco wytrzymałam na tym weselu.
Nawet nie chciało mi się ubierać butów, po prostu wyszłam boso, ale nie zobaczyłam przed restauracją tego czego się spodziewałam, czyli spokojnej ulicy, na której co jakiś czas pojawiał się samochód, który po paru sekundach znikał za rogiem, tylko pełno ludzi z aparatami, blask fleszy oślepił mnie na moment, nie wiedziałam co się dzieje, nawet nie chciałam się zastanawiać, tylko przepchnęłam się przez tych ludzi i ruszyłam w kierunku osiedla. Usłyszałam kroki dwóch osób i ciągle widziałam migające światło.
"No bez jaj, kogo obchodzi zwykła dziewczyna wychodząca z wesela swojego taty?", właśnie to sobie wtedy pomyślałam.
-Możecie przestać mnie śledzić? - odwróciłam się wściekła.
-Odpowiesz nam na parę pytań? - podeszli bliżej.
-Słucham? Nie jestem nikim sławnym, proszę ode mnie odejść i zostawić mnie w spokoju. - zasłoniłam wolną dłonią obiektyw.
-Ale jest pani dziewczyną Harrego Stylesa. - drugi bez oporów robił mi tyle zdjęć na ile pozwalał mu jego aparat.
-Skąd panu przyszło to do głowy? - drgnęłam. - Nie będę słychać tych bredni wyssanych z palca. Do widzenia. - odwróciłam się na pięcie i weszłam na osiedle.
Odetchnęłam z ulgą jak brama się za mną zamknęła i ci ludzie musieli zostać przed nią.
Nie wiedziałam czy postąpiłam dobrze, czy powinnam to powiedzieć, ale to jedyne co przyszło mi do głowy. Nie mogłam sprawiać chłopakom kłopotów, a wypieranie to w tamtym momencie było chyba najlepsze rozwiązanie.
Kiedy doszłam do swojego domu słyszałam jakieś mruczenie, człowieka. Ciężko było to zlokalizować, ponieważ było już dość ciemno. Po chwili okazało się, że to z ogrodu chłopców.
Na początku pomyślałam, że to może jakiś fan, cudem udało mu się tu dostać i teraz nie wie co ma ze sobą zrobić i teraz mruczy coś w rozpaczy, bo chce ich zobaczyć, a oni są gdzieś indziej.
Podeszłam bliżej, zobaczyłam, że ta osoba leży na trawie, właściwie się zwijała z bólu, czy coś. I Chyba nie była zbyt trzeźwa, bo obok niej było pełno wymiocin.
Bingo.
-Harry? - podeszłam jeszcze bliżej. Byłam pewna, że to on. - Wszystko okej?
-A czy wyglądam okej? - wymruczał ledwo słyszalnie. - Nie. Więc odejdź.
Na prawdę musiał dużo wypić, leżał i po prostu rzygał pod siebie.
-Nie ma mowy. Zabieram cię. Gdzie masz klucze?
Nawet nie raczył odpowiedzieć, ale trudno, musiałam coś zrobić. Przykucnęłam przy nim i zaczęłam grzebać mu po wszystkich kieszeniach i nic.
-Macie gdzieś jakieś zapasowe? Na przykład pod wycieraczką? - z powrotem się wyprostowałam.
-Nie. - powiedział sekundę przed tym jak znowu zwymiotował.
-O Chryste. - jęknęłam. - Powieszą mnie za to. - chwyciłam go za rękę. - Dasz rade wstać? Jak nie to i tak musisz się postarać, bo sama cię nie uniosę.
-Zostaw mnie tu. Wolę leżeć w swoich rzygach niż siedzieć tutaj.
To bolało, wiedziałam, że jest pijany i nie powinnam go słuchać, ale zawsze w tym jest nutka prawdy.
Miałam moment zawahania, chciałam się odwrócić i pójść do domu, zostawić go samego, żeby pożałował tych słów. Ale zostałam.
-Jak nie wstaniesz zadzwonię po chłopaków.
Nie miałam telefonu, bo zostawiłam go razem z torebką w restauracji, ale on nie widział nic prócz swojej zarzyganej koszulki, a wiedziałam, że to go przekona.
Obruszył się i zaczął wstawać. Trochę minęło zanim wstał, prawie leżał na mnie, a ja musiałam go prowadzić. Nawet zostawiłam u nich na trawniku swoje buty.
Sama nie miałam klucza do siebie, więc zadanie trochę się skomplikowało, musiałam pójść do drzwi z tyłu, co już zajęło nam koło dziesięciu minut. Były na kod, a ja kompletnie zapomniałam jaki mógłby być, staliśmy przy drzwiach, Harry opierał się o ścianę, a ja wymyślałam przeróżne czterocyfrowe kombinacje, bałam się, że włączy się jakiś alarm i przyjedzie policja, ale nawet obyło się bez ich wizyty.
W końcu dostaliśmy się do środka, schody okazały się najtrudniejszym wyzwaniem, chyba potknął się o wszystkie, powinien dostać za to jakąś nagrodę.
Kiedy weszliśmy do mojego pokoju, kamień spadł mi z serca.
Chyba nie przejmował się tym, że jest u mnie, albo ogromna nienawiść do mnie zniknęła, choć na tą chwilkę.
-Poczekaj. Nie możesz położyć się tak po prostu do mojego łóżka. Ściągnij ubranie. - patrzyłam jak się chwiał. Stał w miejscu, chyba nie miał na nic siły. - No dobra. - westchnęłam ciężko i podeszłam bliżej niego.
Powoli ściągnęłam koszulkę, buty i spodnie, starając się go nie przewrócić.
-Przepiorę to. Zaraz pójdę do pokoju Williama i coś ci przyniosę. Wiem, że mało cię do obchodzi jak wyglądasz, ale rano pewnie... Ummm, nieważne. Tu masz wiadro, wymiotuj do niego, a jak zdążysz to byłoby super do ubikacji. - położyłam białe wiaderko koło łóżka.
Moje gadanie i tak było na darmo, w ogóle mnie nie słuchał.
Pranie tych ubrań nie było łatwe, trochę śmierdziało, ale najbardziej brzydząca była konsystencja. Ale co by tu dużo opowiadać. Jakoś się z tym uporałam.
Jak wróciłam z ubraniami Willa, Harry już spał. Stwierdziłam, że lepiej go nie budzić.
Bałam się ranka, kiedy będziemy musieli porozmawiać.
Heeeey
oh wrzesień. jak to okropnie brzmi. mam nadzieje, że ten rok szkolny będzie dobry :) samych sukcesów życze :) przepraszam za błędy, ale pisałam szybko. do następnego
xoxo